RSS
 

Notki z tagiem ‘wstyd’

Rób siady dziewczyno!

09 lis

Nastąpiła kolejna, bardzo długa przerwa w pisaniu na blogu. Ale tym razem nie wróciłam ze spuszczoną głową i ze łzami w oczach, marudząc pod nosem: „znów się nie udało”. O nie! Tym razem piszę z sukcesem, powerem i pozytywną energią, i chciałabym w wielkim skrócie opisać ostatni czas. Od początku września był tylko jeden tydzień, w którym nie byłam na siłowni minimum 4 razy – to było przed Wszystkimi Świętymi, bo mnie rozłożyło przeziębienie. Od września co tydzień w niedzielę – czyli już 7 tygodni, robimy #mealprepsunday z lubym. Niezmiennie z pełną wytrwałością gotujemy kilka dań i układamy w pudełeczkach zapełniając nimi lodówkę na cały tydzień. Jestem z nas dumna, bo to wymaga mobilizacji, rezygnacji z wolnego popołudnia w niedzielę. Ale efekt jest, zapachy, smaki. Wygrała wołowina mielona na sypko po meksykańsku. Z papryką, pomidorami w puszce, fasolą i kukurydzą. Wczoraj zrobiliśmy taki meksykański mix z dwóch kg mięsa mielonego. Ale warto, bo to smakuje nam najbardziej. To taki wariant tej mojej zupy meksykańskiej tylko na sucho… J Tak czy inaczej jemy zdrowo, jemy low carb – pieczywo tylko na śniadanie, a później węgle tylko z owoców i warzyw. Ja czuję się na tej diecie naprawdę dobrze, zdecydowanie lepiej niż po wciśnięciu w siebie woreczka ryżu dziennie. Nie wiem czy umiałabym wrócić teraz do takiej ilości produktów skrobiowych. Jemy skorbię zwykle w weekend w ramach „zdrowych” cheat meal, ale jak mamy napad to nie odmawiamy sobie pizzy, ani popcornu czy chipsów. Nie za często, ale jednak pozwalamy sobie. Żeby dieta nie była udręką. Motywacje i nagrody nieco zmieniły swój charakter, głównie przez to że ostatnio znów sporo spendów rodzinnych i ze znajomymi. W końcu było Halloween, a teraz urodziny mego lubego.

Dowód na to, że węglowodany są chu!@##owe:

12227691_943150555730856_8965358361643920259_n

Największy i najbardziej zauważalny progres to siłownia. Spadków wagi nie ma aż tak dużych, co zresztą nawet dobrze – nie jestem zagrożona zwisającą i zwiotczałą skórą po intensywnym odchudzaniu. Cellulit znika. Powoli, ale jednak jest go zauważalnie mniej. Pupa… przepraszam, że to napiszę ale ostatnio sama lubię się po niej dotykać. Podniosła się od wszystkich ćwiczeń, od siadów które robimy. Trenujemy ostro. Ostatni tydzień już z nowym planem treningowym, w którym partie podzielone są na dwie tzn. góra i dół. Ale jak góra to naprzemiennie lekko klata / mocno plecy i drugi trening odwrotnie ciężko klata / lekko plecy. Tak samo z nogami. W minioną sobotę podjęłam wreszcie wyzwanie siadów ze sztangą, do tej pory robiłam je z hantelkiem (ostatnio 10×10 z 14 kg). Do tej pory miałam opory bo jestem wstydliwym i zakompleksionym brzydkim kaczątkiem. Świadomość, że każdy na mnie patrzy, a ja robię i nie umiem, i trzeba mnie pouczać, poprawiać powoduje, że już słyszę w głowie te myśli ludzi: „o boże taki grubas, próbuje a nie umie, po co ona się za to bierze, niech idzie biegać i wypocić ten zapas tłuszczu…”. Inny powód dla którego nie robię, bo się boję i nie umiem, jest taki – jak już pisałam wielokrotnie, jestem sportowo straszliwą łamagą dlatego, że wf w szkole był jaki był… Sporo czasu minęło zanim zdałam sobie sprawę, że jak luby mówi „proste plecy” to nie chodzi o kąt prosty z udami przy siadzie tylko o to żeby były proste nawet jak jestem pochylona… serio myślałam, że mi się pochylić nie wolno i o to chodzi w prostych plecach… no nie ważne. Jestem jaka jestem, a jak mi nie wychodzi i do tego nie rozumiem co i dlaczego mi nie wychodzi, to mi się łzy pod oczami zbierają i nastawienie mam bojowe pt. „odpierdol się ode mnie”. Tak jest z oddychaniem. Tzn. z oddychaniem przez przeponę. Nie umiem. Ja jak wciągam powietrze to ono zatrzymuje się w płucach, nigdy w brzuchu i nie ogarniam czemu wiecznie słucham, że źle robię, że źle oddycham. Oprócz tego, że ja ogólnie oddycham pod dyktando mojego ciała, a nie tak jak trenują mięśnie. W dodatku oddycham przez nos, a nie rozdziawiam gębę jak hipopotam… a potem słyszę, że źle, źle, źle…

No, ale wracając do przysiadów ze sztangą to już powoli ogarniam, ale jeszcze nie do końca. Kolana same mi się wysuwają do przodu jak się zniżam, a na hasło „tyłek do tyłu” mam wrażenie, że się wywrócę z tą 20 kg sztangą… dlatego w środę jest święto, nasza siłownia czynna o 10. Na otwarciu zwykle jest mało ludzi więc będziemy ćwiczyć znowu. Choć po tej sobocie, po tym treningu na nogi zakwasy mam do dziś. A wydawało mi się, że to taki lekki trening był bo większość czasu zajęła nauka.

Ma ktoś jakieś doświadczenie  z przysiadami i z takimi asportowymi łamagami jak ja? Przygarnę kogoś kto może mi to łatwiej i cierpliwiej zobrazuje niż mój luby… no i trzymajcie kciuki, żebym nie wybuchła płaczem w środę ;)

Dress-code siłowniowy, czyli to co pozwala poprawić humor i dodaje poweru. Otóż już pewien czas zbierałam się do zakupu nowych legginsów. Głównie dlatego, że 5,7 kg za mną i te które mam są luźne. Poza tym one były takie mało sportowe, zwykłe, bawełniane. Chciałam elastyczne, do których nie lepią się cićki i kocia sierść i które będą powoli podkreślały to co już udało mi się wypracować. Pierwotnie miały być zupełnie zwykłe, czarne z Decathlona, bo ja jestem anty-kolorowa. Raczej preferuję w czarnych, szarych, brązowych, białych i beżowych rzeczach. Ale zaczęłam szukać po internecie. I znalazłam cudo…!

 11261200_940181912694387_1426549718853792659_n

Wiem, że tu na zdjęciu są do sneakersów na koturnie ubrane, ale są typowo sportowe z szerokim pasem i nie lecą z tyłka przy treningu kardio. No i tak… ja wiem, że ładny ciuch na siłowni wcale nie sprawi, że będę lepiej ćwiczyć. Nie doda mi umiejętności. Ale dodaje siły. One są kompletnie w moim stylu, idealne do mnie, dla mnie, no cudne… Zresztą nie można o mnie mówić, że jestem paniusią co ślicznie odstrzelona w pełnym makijażu przychodzi poskakać troszku na steperze. Włosy ściągnięte w kucyk żeby nie przeszkadzały, zero makijażu, spocona i czerwona… zdecydowanie bliżej mi do grubej i żeńskiej wersji rambo, niż napakowanej Barbie.

uhhh… dziś kolejny dzień treningu! :)

Miłego dzionka dla Was.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, O mnie, Sport

 

Co ma ze sobą wspólnego: rozgrzewka, gotowanie i Islam?

22 wrz

Odpowiedź jest prosta: nic. Ale chciałabym napisać o wszystkim, nie wiem od czego zacząć ani nie chciałabym wstawiać 3 notek jednego dnia. Tak więc krótko o rozgrzewce, bo sprawa nawiązuje do mojego marudzenia sportowego i wcześniejszej notki „Zwolnienie z WF-u” – chodzi o to, że nie mam pojęcia jak się człowiek powinien rozciągać przed właściwym treningiem. Zaczynamy zwykle od orbitka, daję czadu przez tych kilka minut. Jest mi gorąco, ale luby mówi: rozgrzej się (w domyśle rozciągnij mięśnie). Przede wszystkim rzadko widuję, by ktoś robił jakieś dziwne wygibasy, a poza tym jak? Bo ja nie wiem. W szkole rozgrzewka to było bieganie wokół sali z ewentualnym machaniem rękami. Dlatego trochę bagatelizowałam sprawę, ale wczoraj robiliśmy trening we czwórkę, taki ala cross fit na nogi. Wskoki na skrzynię, rzut piłką z przysiadu i dodatkowo wykroki z obciążeniem. Podczas pierwszej serii wykroków coś mi się skurczyło w dolnej partii uda prawej nogi i później kolejne wykroki były bardzo bolesne. Czułam ciągły skurcz. Dziś już jest ok, ale trochę mnie to wystraszyło. Może jednak rozgrzewki nie należy bagatelizować? A wy? Rozciągacie mięśnie przed treningiem?

O gotowaniu będzie ze zdjęciami – czas się pochwalić efektami tej oszczędności czasu i pieniędzy. A zatem, w nd powtórzyliśmy zeszłotygodniowy wyczyn.

zdjecie3

Tak wyglądał nasz koszyk z zakupami. 250 zł – tyle wydaliśmy. Ale 20 zł kosztował żwirek dla kota (nie liczymy go jako żywność) oraz około 50 zł wydaliśmy na zakupy, które zawieźliśmy do teściów na obiad. Tak więc jakieś 180 zł na jedzenie na cały tydzień dla 2 osób. Proszę nie krytykować jajek – że takie zwykłe. Ale jakoś nie robi mi różnicy czy jem z wolnego wybiegu czy od kur hodowanych w klatkach. Kiedyś znajomy słusznie powiedział, że przecież jak taka kura chodzi po wolnym wybiegu w ciągu dnia, to jest bardziej narażona na niebezpieczeństwa zdrowotne wynikające z warunków atmosferycznych = na pewno ma więcej antybiotyków w karmie by nie chorowała. Tak więc kupuję najtańsze lub te w promocji.  W ramach ciekawostki zakupowej: jak myślicie ile waży cały łosoś? Okazuje się, że wcale nie 4-5 kg tak jak ja myślałam (co dawało 100 zł za rybę!) tylko niecałe 2 kg. Była promocja 18,99 za kg. Wzięliśmy więc takiego dzika-łososia i upiekliśmy u teściów – pychota! Wyszło porcji na jakieś 6 obiadów i to zakładając, że każdy zjadł naprawdę sporą porcję ryby. Także gotowym filetom z łosia mówię papa! :)

zdjecie2

Tak wyglądał początek przygody z gotowaniem. Było tego dużo, nie wszystko nawet wyciągnęliśmy do zdjęcia z lodówki.

A na koniec powstało takie cudo:

zdjecie1I dodatkowo cały garnek zupy meksykańskiej. Tej o której pisałam poprzednio. Tak nam zasmakowała, że teraz stanowi posiłek rozgrzewający w zimne wieczory :) Te małe pojemniki, w który znajdują się winogrona, borówki i żółty arbuz to są te pojemniki o których pisałam poprzednio. Niestety bardzo się rozczarowałam, w dotyku sprawiają wrażenie kiepskich jakościowo (choć żaden się jeszcze nie zepsuł), a rozmiarowo okazały się mniejsze znacznie niż to optycznie wyglądało w ofercie sklepu. Moja wina, ze sugerowałam się zdjęciem a nie narysowałam wymiarów. Także pojemniki nie nadają się na przechowywanie obiadów, i służą nam tylko do przekąsek i drugich śniadań. Co gotowaliśmy?

- roladki ze schabu z farszem z pieczarek, cebuli i zielonej papryki
- piersi z kurczaka w papirusach (zioła prowansalskie, suszone pomidory)
- piersi z kurczaka w złocistej przyprawie pokrojone w kostkę

A do tego: żółta fasolka szparagowa, brokuły i jarmuż – drugie nasze podejście do tego zielska. Nadal smakowo mi nie podchodzi, także będzie to raczej ostatnia próba i powrócimy do szpinaku. Ten prostokątny pojemnik z białym czymś to reszta łososia z tej całej ryby, która została po zjedzeniu obiadu wspólnie z teściami – nadal sporo :) no a reszta to pokrojone w paseczki warzywa, poukładane owoce itd. Także jedzenie na cały tydzień. Zdrowe, dietetyczne i naprawdę pyszne. Całość zajęła nam 2 godziny (włącznie z poukładaniem i sfotografowaniem) – także oszczędność czasu i pieniędzy ogromna.

I na koniec coś czym chciałabym się z Wami podzielić, ale ze względu na to, że mass media są już przesycone takimi informacjami to zrozumiem jeśli ktoś nie chce dalej czytać i zakończy na gotowaniu. Chciałam powiedzieć kilka rzeczy związanych z imigracją, uchodźcami i strachem jakiego doświadczanym. Ja też się boję. Zagrożenie może być całkiem realne biorąc pod uwagę, że Ci którzy już lata temu wyjechali do Europy – obecnie nie pracują, żyją na socjalu i nie przestrzegają obowiązującego prawa w danym kraju. Nie wyobrażam sobie, że zaleją Europę, że zaczną odbierać nam władzę nad własnym życiem. W Danii w jednym z miasteczek w Radzie zasiada większość muzułmańska. Na swoje święta wydali kupę $$$ z budżetu miasta, ale zadecydowali że Bożonarodzeniowej choinki w mieście nie będzie. Ja tak nie chcę… wiem, że Polska nie jest dla nich ekonomicznie atrakcyjna, ale jeśli zacznie się III Wojna Światowa to my także będziemy na linii ognia. Uważam, że kraje UE bardzo źle, bardzo niepoprawnie i bez przemyślenia podchodzą do tematu uchodźców. Licytują się kto ile i dlaczego przyjmie, oraz jakie wsparcie należy zagwarantować uchodźcom. Wszystko wokół $$$, a nikt nie patrzy i nie reaguje na to co się dzieje ze społeczeństwem  i na płaszczyźnie socjalnej, psychologicznej.  Internety szerzą nienawiść. Jest masa obrazków, filmików, masa zmyślonych informacji. Nie wiem czy dostrzegliście to już wcześniej, zwłaszcza Ci używający fejsbuka – zanim zaczęła się afera z uchodźcami, to po fejsie krążyły linki do wyglądających autentycznie artykułów, gdzie małą czcionką w dole stopki pisze, że portal xxx jest portalem przedstawiającym fejkowe, zmyślone, nieprawdziwe informacje. Nie wiem czemu to ma służyć, ale takie coś powstało. W przypadku nasilającej się agresji (wywołanej strachem – jest to zrozumiałe, najlepszą obroną jest atak) też powstaje wiele zmyślonych informacji, które krążą po internecie. Ja np. nie wierzę w tę całą anonimową wiadomość „polskiego muzułmanina” bo skąd on się taki wziął? Który Polak dobrowolnie przechodzi na Islam i uważa się za wierzącego? Skąd ma taką wiedzę o kulturze, wierze, obyczajach? To ściema napisana przez jakiegoś podżegacza. Oczywiście nie chodzi o to, że chcę ich bronić czy nawoływać do ogólnej pomocy. Uważam, że powinna być przeprowadzona pełna kontrola nad tym kto i z jakimi papierami dostaje się do poszczególnych krajów. Część z nich na pewno potrzebuje i zasługuje na pomoc, część pewnie chce wykorzystać sytuację dla wojny lub z pobudek ekonomicznych. Ale czy to oznacza, że mamy wychodzić na miasto i krzyczeć „jebać tą islamską dzicz”? Czy rzeczywiście musimy mieć w sobie tyle nienawiści, tyle wulgaryzmu i agresji? Ja rozumiem, że brak wsparcia socjologicznego, psychologicznego może wypaczyć nasze spojrzenie na sprawę. Ale z tą agresją i tymi słowami zachowujemy się jak chrześcijańska tudzież ateistyczna dzicz. Zachowujemy się dokładnie tak jak oni, w czym więc jesteśmy lepsi? Jestem w stanie wyobrazić sobie, że jeśli ta szerząca się agresja będzie nadal trwała, to gdy do nas trafi ktoś kto rzeczywiście potrzebował pomocy, bez względu na wyznanie, to nasza huliganka pierwsza podniesie rękę, pierwsza wyrządzi krzywdę. Tylko dlatego, że wszyscy mają wpojone do łba, że każdy muzułmanin jest zły. Czy wtedy Internety będą mieć wyrzuty sumienia, że stała się krzywda komuś niewinnemu, tylko dlatego że porzuciliśmy wrażliwość i uczucia tłumacząc to strachem o własną przyszłość?

To tak do przemyślenia. Mamy XXI wiek, mówimy że żyjemy w cywilizowanym świecie.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Codziennik

 

Motywator na krótki tydzień

06 sty

Od Sylwestra to już ostatni dzień laby dla mnie. Jutro pierwszy dzień w pracy, jest nawet chęć do niej pójść. W pracy czeka na mnie książka z Klubu Równowagi dot. zdrowego jedzenia. I to jedzenia tak, aby móc sobie pozwolić na małe grzeszki. Robię sobie nadzieję, że wytrzymam w postanowieniu…

Mam aplikację bardzo fajną na Windows Phone Dziennik Żywienia, który podaje kalorie, białko, węgle i tłuszcze. Ma szeroką bazę produktów i można własne produkty dodawać. Wczoraj mieliśmy gości, zrobiłam sałatkę do której kalorii i wartości nie było podanych więc wszystko sobie policzyłam ręcznie (korzystając z ileważy.pl) i wpisałam w aplikację. Będzie na przyszłość.

Oczywiście nie ma się czym chwalić bo razem z narzeczoną kuzyna wypiłyśmy pół litra Wyborowej Citrus Squeez we dwie, więc pustych kalorii wpadła cała masa. Ale… od 3.01 monitoruję jedzenie i codziennie mam jakiś wysiłek.

3.01 – rowerek 45 minut
4.01 – siłownia, 90 minut
5.01 – rowerek 20 minut + sprzątanie chaty

Dziś też muszę coś zrobić, raczej będzie to rowerek w domu, jutro siłownia. Pół roku to spory kawał czasu jak napisała jedna osóbka pod moim poprzednim postem.

Przy okazji… bo część z Was ćwiczy w domu. Ale… nie jest Wam głupio? W sensie Wasz mężczyzna siedzi obok albo w innym pokoju i wie że wy właśnie walczycie z nadwagą? Nie wiem… ja nie umiem sobie tego wyobrazić, że ćwiczę do jakichś programów a jego to ciekawi więc patrzy? Yhhh… :( ale ja jestem bombą zegarową pod względem ilości kompleksów więc może to przez to. Zawsze zazdrościłam tej pewności siebie laskom o wiele grubszym ode mnie, a wytapetowanym, ubranym prowokująco, bawiącym się w klubach i knajpach… Ja nie mam takiej śmiałości gdy wiem, że źle wyglądam. :(

Postanowiłam ważyć się raz w tygodniu, żeby nie mieć takich strasznych wahań wagi i się tym nie demotywować do postanowienia, że czas coś ze sobą zrobić.

Moja tabelka wygląda na razie tak:

Clipboard01

Trzymajcie kciuki… :(

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Codziennik