RSS
 

Notki z tagiem ‘waga’

Już mi niosą suknię z welonem…

09 maj

Nie było mnie dwa i pół miesiąca. Kilka razy zbierałam się by napisać, ale pęd wydarzeń wybijał mnie z rytmu. A nie lubię na szybko, nie lubię byle-jak. To już wiecie, bo nie pierwszy raz tak znikam. Generalnie nie lubię robić rzeczy nieprzemyślanych. A zwłaszcza pisać. Bo pisać lubię. Jakbym miała dużo mamony to bym nie pracowała, pisałabym książki i sama je sobie wydawała. Pewnie duża część z Was przestała tu zaglądać i wcale nie mam o to żalu. Mogę go mieć wyłącznie do siebie, do braku organizacji czasu.

Czy u mnie nastąpiły jakieś zmiany? Właściwie to nie. W dalszym ciągu trzymam się treningów 3-4/tyg., w dalszym ciągu jem zdrowo ale oczywiście nie popadam w skrajności – jem pizzę gdy chcę, piję piwo gdy chcę, a wczoraj w Auchanie była promocja na Pringelsy – nie dało się przejść obojętnie. Gotujemy raz w tygodniu. To już ponad pół roku #mealprepsunday. Zaczął się 9 miesiąc. Jak się czuję? Lepiej. Silniejsza, zdrowsza. Pełna energii. Druga połowa kwietnia była bardzo zakręcona ze względu na ślub siostry mojego nieślubnego znajomego. Z racji serii zadań, planów i obowiązków trochę mniej ćwiczyliśmy i trochę mniej zdrowo się odżywialiśmy. Panieński i ślub to oczywiście morze alkoholu. Potem majówka i trudno było wrócić na właściwe tory. Nie mówię, że się obijaliśmy, bo poprzedni tydzień był owocny w ruch 3x siłownia, 2x rower + 9h w Energylandii. Teraz luby opracowuje nowy plan treningowy, bo poprzedni mocno dawał nam w kość ze względu na dużą objętość ćwiczeń siłowych. Po weselu pierwsze treningi kończyły się takimi zakwasami, że prawie nie umiałam się ruszać. Powoli za to pozbywam się skrępowania i wstydu do ludzi, którzy są na siłowni, widzą mnie a których najchętniej bym się pozbyła by móc ćwiczyć sama dla siebie. Tak, tak. Proces odzyskiwania pewności siebie nie jest taki łatwy ani szybki, ale następuje. Coraz więcej ćwiczeń znam, umiem, czuję. Ale najzabawniejsza historia wiąże się oczywiście z hasłem „rower”. Ostatni raz na rowerze jechałam może z 15 lat temu jak nie więcej. Za dziecka złamałam sobie na rowerze rękę i mam uraz. W dodatku ja mam coś ze zmysłem równowagi i błędnikiem. Jak np. stoją słupki na drodze to boję się że między nimi nie przejadę, nie wiem kiedy zacząć skręcać żeby skręcić i wszelkie manewry mijania, wyprzedzania itd. są dla mnie jak najgorszy horror. Nawet bez kółek mam z tym problem. Niejednokrotnie przechodząc przez drzwi uderzam ramieniem we framugę bo się nie zmieściłam, źle wycelowałam. Mój mózg jakoś błędnie analizuje odległości i dystans. Nie wiem co może być tego przyczyną i czy coś z tym da się zrobić. W każdym razie mój lęk przed poruszaniem się na rowerze zderza się z niesamowicie sprzyjającymi okolicznościami do jazdy. (kiedyś próbowałam na rolkach – nie chcielibyście tego widzieć!) Mieszkam tuż obok ogromnego parku. Widzę z balkonu główny deptak. Nawet nie trzeba znać przepisów o ruchu drogowym, bo pod domem mam ścieżkę rowerową do samego parku. Trochę ponad tydzień temu postawili mi praktycznie pod domem stację citybike! Rower kosztuje 1 zł na godzinę. Już nie było wymówek. Poszliśmy, wypożyczyliśmy i w drogę. Tego się serio nie zapomina! Umiałam. Jechałam. Bałam się dalej wąskich przejazdów, manewrów, zakrętów i biegających po asfalcie dziecków no i oczywiście prędkości – ale było fajnie. Dwa razy już jeździliśmy i dałam radę. <3

Coś o mnie? Tydzień temu zamówiłam nowe spodnie, jeansy z Orsay rozmiar 38. Okazały się za duże. Spadek wagi wcale nie taki zauważalny, ale myślę że po prostu to mięśnie rosną. Dawno się nie mierzyłam, ale chcę to zostawić na czas po pierwszym, pełnym tygodniu bez grzechów. Na razie kompletne low-carb w ramach detoksu, potem trochu węgli w dni treningowe bo tęsknię za makaronem. Co jem? Na śniadanie kiełbasa gotowana, smażona, z cebulką, warzywami, czasem do tego jajko i oczywiście świeże warzywa. Na drugie śniadanie sałatka z kurczakiem standard: sałata rzymska, pomidorki koktajlowe, ogórek, prażona cebulka, oliwki czasem feta. Na obiad i kolację jakiś pojemnik. W tym tyg mamy polędwiczki wieprzowe w sosie pieczarkowym z kotletem z brokuła i szparagami + zrobiliśmy musakę w dwóch wielkich naczyniach. Kotlety brokułowe? A no wyczaiłam jakiś filmik w internecie: brokuł ugotowany, poszatkowany drobno, w przepisie była bułka tarta ale ja nie dałam (można dodać mąki kasztanowej czy gryczanej jak ktoś jest glutenfree), jajo, zielona cebulka i starty żółty ser. Uformować, piekarnik na 200 i 15-20 minut pieczenia aż się zetną. Super pyszne. Oczywiście sól, pieprz i co kto lubi ;) Dla mnie to alternatywa dla znienawidzonego kuraka z brokułem i ryżem.

…  Ślub? Suknia i welon?

Tak. Tytuł notki bardzo wymowny, ale oprócz wspominek o ślubie siostry lubego, muszę Wam coś powiedzieć. Po 10 latach związku zdecydowaliśmy się na TEN krok. Ale, że wszystko musi być perfekcyjne i my musimy być perfekcyjni to ślub dopiero w czerwcu 2018 r. Więc pewnie jeszcze będę o tym pisać nie raz i nie dwa, żeby wyrzucić z siebie związany z tym stres.  Kiedyś myślałam, że ta uroczystość będzie mała, kameralna i tylko dla najbliższej rodziny, pewnie sam cywilny. Ale wszystko się zmieniło. Będzie +/- 80 osób, ślub kościelny i wspaniałe wesele. Teraz mam dwa lata by wszystko sobie przemyśleć, poukładać, zaplanować.

Przepraszam, że taki wielki skrót. Ale dziś jak tu weszłam zdałam sobie sprawę, że jak teraz nie napiszę, to pewnie już nie napiszę wcale.

 

Szok i niedowierzanie, to już półmetek!

20 sty

Wiem, że dawno nie pisałam. W sumie blog prawie obumarł z tego niedoglądania. Ale niestety końcówka roku była dla mnie mega ciężka. Głównie z powodu pracy, choinkę ubierałam dzień przed świętami, wtedy też znalazłam czas żeby posprzątać. Do samego końca byłam w firmie, bo ilość sprzedaży jakie musieliśmy domknąć przed 31 grudnia była przeogromna. Do tego wszystkiego 2015 był rokiem remanentowym, więc jeszcze kupa nudnej, mozolnej i niewartej tego wysiłku, pracy w podziemiach. Styczeń na pełnych obrotach. Dwa dni przed 3 Królami miałam wolne, ale potrzebowałam się zresetować, odpocząć. W dużym skrócie pozwolę sobie opowiedzieć Wam co się u mnie działo przez ostatni miesiąc. Na święta (po podwyżce lubego) zakupiliśmy sobie porządne łóżko. Zajmuje prawie całą sypialnię, a materac był droższy od samego mebla. W życiu nie myślałam, że rogówka na której spaliśmy to była taka straszliwa więzienna prycz. A tak było. Teraz wystarczy, że się położę na materacu i już mi jest dobrze. Wreszcie zaczęłam normalnie spać, spać długo i do późna. Bo zwykle bez względu na to o której zasypiałam, to koło 6-7 rano, nawet w weekendy, budziłam się sama z siebie i nie mogłam zasnąć. Teraz trzeba mnie siłą z łóżka ściągać tak mi dobrze. Oczywiście do samego końca, bardzo grzecznie: zdrowa dieta i siłownia 4x w tygodniu. Oczywiście nie mówię, że nie zdarzało nam się wypić piwa czy zjeść kebaba, ale ogólnie przykładnie, zdrowo. Na dzień dzisiejszy mam 68 kg i 20 cm w pasie mniej. Czyli zrzuciłam 6,7 kg i jak zrzucę drugie tyle będę szczęśliwa. Nawet się nie spodziewałam, że tak szybko mogę zaliczyć połowę z oczekiwanego celu do zrzucenia, jestem z siebie naprawdę dumna.

Ale święta były też dla mnie solidną nauczką. Po raz pierwszy doświadczyłam problemów gastrycznych. Ja generalnie od małego byłam taki śmietnikiem jeśli chodzi o jedzenie. Wpadało mi przez buzię wszystko co mi smakowało, w ilościach często przeogromnych, a potem wylatywało i nie pozostawiało po sobie żadnych nieprzyjemnych uczuć. Jestem z tych, którzy na wigilię jedzą karpia. Ja go lubię, kocham, uwielbiam. Może mi jeden z drugim wmawiać, że im karp mułem wali i woli jeść łososia na wigilię, niech se je. Karp na maśle klarowanym, smażony w panierce to podstawa świątecznej kolacji. Nawet zwykłe ziemniaki smakują w wigilię jakby były najdroższymi truflami. Tak się objadłam że jak wyruszyliśmy od lubego do moich rodziców kolędować, to miałam brzuch jakbym była w zaawansowanej ciąży. Było mi ciężko i mnie bolał. Czułam się fatalnie. Po raz pierwszy w życiu. Solidna nauczka. Przez kolejne dni pilnowałam już ile jem. Potem był sylwester, nowy rok – generalnie trochę sobie daliśmy na luz, nie patrzeliśmy na talerz co jemy i ile pijemy. Każdemu należała się odrobina przyjemności. Musiałam odrobić to co przybrałam na wadze, ale już jestem na właściwej drodze.

Dla upamiętnienia etapu na którym jestem w tym nowym roku, mam takie oto zdjęcie moich jeansów sprzed pół roku i tych aktualnych:

12417904_996000637112514_569480898450853188_n

Cieszy oczy co nie? W sumie to nawet nie spodziewałam się aż takiej różnicy… ^^ niemniej całkiem niedawno zamówiłam sobie spodnie z chińskiego sklepu wish.com – musiałam, bo na zdjęciu były tak kuszące i tak zaokrąglały pupę że zaczynałam się zastanawiać nad własną orientacją. Zamówiłam rozmiar M bo miały iść miesiąc. Przyszły wczoraj i to M jest mi takie trochę opięte, ale nie aż tak jakbym chciała. A to są rozciągliwe spodnie. Jakościowo całkiem spoko, więc chyba zamówię też S wkrótce. Podobnie było z bluzką z H&M. Zamówiłam rozmiar 40, bo jednak w cyckach to niewiele mi spadło i sugerowałam się obwodami podanymi w tabeli, ale ta 40 jest mi zdecydowanie za wielka i muszę wymienić na 38. Powoli zaczynam  się gubić w tym co powinnam kupować. A to też cieszy :)

#mealprepsunday stosujemy nadal, tylko w okresie noworocznym do 3 króli nie gotowaliśmy na zapas i powiem Wam, że jak człowiek odwyknie od gotowania codziennie i codziennego sprzątania po tym gotowaniu, to zaczyna to być drażniące. Wróciliśmy, gotujemy nadal. Teraz przywróciliśmy węglowodany do posiłków więc jem więcej makaronu niż bym sobie wyobrażała że będę. Do grudnia trzymałam się mniej więcej 1500 kcal, teraz jem 1800-2000 i nadal spadam na wadze. Podobno sekret tkwi w tym, że wzrost masy mięśniowej powoduje zwiększenie dziennego zapotrzebowania na kalorie. Cudownie to brzmi i bardzo mi się podoba, że rosną mi mięśnie bo chyba nie umiałabym być ciągle na niskiej kalorycznie diecie żeby utrzymać wagę, a tak chudnę i jem coraz więcej. Powoli zbieram się do ponownego zważenia na Tanicie by porównać to z poprzednimi wynikami, ale najpierw muszę wrócić do właściwego rytmu więc chyba dopiero 31 stycznia to zrobię. Jeszcze 11 dni pracy nad sobą, a potem zobaczymy.

Z ciekawostek: lubicie serki typu Almette? Ja lubię bardzo, ale sprawdzam skład na opakowaniu i generalnie jak widzę, że na 100g produktu ten serek ma aż 21g tłuszczu to od razu odkładam go na półkę. I wiecie co? Wczoraj zrobiliśmy z lubym własny taki serek. Półtłusty twaróg z Lidla zblendowaliśmy z odrobiną chudego mleka i przyprawami, szczypiorkiem itd. Konsystencja dokładnie taka jak w Almette, smaki można sobie robić samemu, a mniej chemii i mniej tłuszczy. No i 0 cukru. Polecam :)
Ostatnio robiliśmy też hummus homemade z prażonym sezamem – pychota!

Buziak :*

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Codziennik, O mnie

 

5 lat młodsza, a ani kilo chudsza!

03 gru

Nie wiem czy ktoś pamięta jak zaczynałam, tzn. kiedy założyłam bloga i jaka idea mu przyświecała: kolejna dieta cud! A po kolejnej diecie cud porażki, załamania, powrót do starych i złych nawyków. Fast-foody, obżarstwo, alkohol, lenistwo. I tak w kółko, jak na wykresie sinusoidy. To było głupie, bo choć wszyscy mówią że 80% sukcesu to dieta, a 20% to treningi, to w rzeczywistości łapałam się rozwiązań które były trudne do wprowadzenia na stałe. Kiedyś Dukan, potem jakieś inne dziwne diety w promocji za 39,99 zł na miesiąc. Najbliższa temu jak wygląda moja żywienie dziś jest chyba w dalszym ciągu Metoda Równowagi, nawet swego czasu prowadziłam test który miał zweryfikować ile kcal jest w tych porcjach Zdrowego Extra itd. Wychodziło mi wg tych posiłków które spożywałam że jakieś 1700 kcal dziennie przy zamianie Małego co Nieco na Zdrowe Extra. Ale i tak, po dziś dzień jak ktoś mnie pyta czemu sypię tyle tego chilli odpowiadam: „profilaktycznie, jakby jednak 3D chilli działało” – choć oczywiście po prostu lubię ostre, pikantne potrawy. W sumie jakbym miała się urodzić w jakimś innym kraju i miałby to być kraj który byłby mi bliski ze względu na kuchnię to wylądowałabym chyba na Węgrzech :) – wyobrażacie sobie jakby brzmiały moje wpisy czytane na głos po węgiersku? Egeszmegesz kurczaki! :D Ew. byłyby to Włochy lub Meksyk :) (w Meksyku mogłabym być gruba z wielką dupą i ogromem cellulitu, a i tak bym się podobała facetom :P) Teraz skupiam się przede wszystkim na liczeniu kalorii, a właściwie uznałam że mniej więcej wiem ile to kalorii i nie liczę z lenistwa. Szukając pomysłu na słone przekąski, które będą „dietetyczne” zagadałam jedną z Fitnesek o kilka spraw, aż doszłyśmy do wątku: a ile Ty dziewczę żresz? Zmotywowałam się i wczoraj zliczyłam wszystkie kalorie i zweryfikowałam ile żrę. 1400 kcal około. Fitneska od razu uznała, że za mało. Że powinnam jeść by chudnąć i wcale nie dziwią ją moje wahania wagi. Przeglądając randomowe kalkulatory zapotrzebowania kalorycznego te polskie i zagraniczne, wyszło mi że moje zapotrzebowanie przy regularnym wysiłku fizycznym, siłowym bez kardio i zadyszek i generalnie bez ćwiczeń tlenowych, to jakieś 1900-2000 kcal. No i okey. Takie mam zapotrzebowanie, jakbym tyle jadła, to bym spalała tłuszcz, zamieniając go w mięśnie, ale powoli i pod warunkiem że trwałoby to dzień w dzień nieprzerwanie. Ale wystarczy otworzyć dowolny artykuł, stronę itd. o tym jak powinna wyglądać dieta redukcyjna i pisze wprost że od zapotrzebowania kalorycznego, na redukcji należy odjąć od 200-500 kcal. Biorcą pod uwagę, że ja bardzo często nadrabiam braki kaloryczne w weekend to odjęcie 500 jest jak najbardziej wskazane. Zresztą była zdziwiona czy mam ja siłę na trening? Pewnie że mam. Generalnie nie jem węglowodanów, a mimo to nie czuję się słaba ani zmęczona podczas treningów, a trenuję poniedziałek, wtorek, czwartek i sobotę. Więc sporo. Poniżej tego 1400 chyba już schodzić nie będę. Ale chcę zmienić orzechy i kabanosy, które wypełniały mi przerwę pomiędzy poranna kawą, w pracy a obiadem, na coś bardziej dietetycznego. Rozważam jakieś pasty może z jajka, ryby etc. + trochę warzyw i ze dwie kromeczki chrupkiego pieczywa. Mimo wszystko kalorie z orzechów i tłustych kabanosów to trochę za dużo jak dla osoby, która pracuje nie tylko nad samą sylwetką, ale jednocześnie chciałaby zrzucić nie mało kilogramów.

Dziś na siłowni nie wytrzymałam z ciekawości i zdecydowałam się kolejny raz spróbować sił z Tanitą – czyli tą wstrętną wagą, która prawdę Ci powie o wszystkim. Pomiar bardzo mnie zdziwił. Przede wszystkim pokazała mi kilogram więcej niż rano, ale co najgorsze pokazała dokładnie taką samą wagę jaką miałam 19 września gdy robiłam ten pomiar poprzednio! Trochę się zdziwiłam. Przecież 14 cm w pasie mniej musi się przekładać na chociaż kilogram w dół! A tu nic, zupełnie nic… Dodam, że wczoraj zmieściłam się w stare jeansy które kupiłam dwa lata temu gdy schudłam również ćwicząc na siłowni i jedząc. Gdy je kupowałam, ważyłam jakieś 4kg mnie niż obecnie. Super cudowne slim rurki z Diversa. Wchodzę w nie dziś! Są mocno dopasowane przez co trochę brzuch mi odstaje, ale cała reszta: tyłek i uda wyglądają super! Więc o co chodzi?

To już zaczyna być obsesją. Centymetr krawiecki na pewno się naciągnął, waga źle waży. Wchodzę na nią codziennie i codziennie nie wiem co myśleć o tym co na niej widzę. Jem, liczę, świruję. Za dużo jem? Za mało? To ile? Dlaczego cyferki na wadze się nie zmieniają? Czy to wina wagi? Mnie? Albo rosną mięśnie? Aż tyle?! Nie, to nie możliwe.

Co mówi Tanita?

waga: 70,3 kg
% tłuszczu:
32,8 – we wrześniu było 35,6 więc: 2,8% mniej!
kg tłuszczu: 23,1 – we wrześniu 25,0 więc: 1,9 kg mniej!
kg mięśni: 44,8 – we wrześniu 43,0 więc: 1,8 kg więcej!
kg wody: 33,5 – we wrześniu 32,1 więc: 1,4 kg więcej!
zapotrzebowanie: 1446 kcal
wiek metaboliczny: 39 lat – we wrześniu 44 więc: 5 lat mniej!

Gdyby poziom wody w organizmie był taki sam jak przy wrześniowym pomiarze, waga powinna pokazać 68,9 kg – co daje łącznie 5,8 kg mniej od wakacji. Ale czy można to tak interpretować? Wiadomo, różna faza cyklu miesiączkowego, różne stężenie hormonów więc wody więcej i waga wyższa. Pocieszam się bo te 68,9 byłoby już ładnym wynikiem.

Moje obsesje są oczywiście teoretycznie. Widzę co się dzieje, świruję, ważę, mierzę, szukam informacji i próbuję coś zmieniać, ale zawsze znajdzie się pokusa której nie odmówię. Teraz wybywamy na weekend do Krakowa. Wreszcie chwila relaksu, sobota bez siłowni. Odpoczynek. Muszę zregenerować siły. Szkoda, że ćwiczenia kardio są takie nużące. Przecież ja nawet jak rozmyślam w swojej głowie to się nudzę już po dziesięciu minutach marszu na bieżni z odpowiednim dla mojego wieku tętnem. Bleeeh…

Aaaa i dziś pobiłam swój rekord: 30 kg wycisnęłam na klatę! :*

Buziaki!