RSS
 

Notki z tagiem ‘tłuszcz’

Zalecenia żywieniowa i dietetyczna „moda” – niczym huśtawka.

18 lut

Im człowiek więcej poświęca uwagi artykułom i poradom o żywieniu tym większy mętlik pojawia się w głowie, a że część ich jeszcze bywa sprzeczna ze sobą to się w tym gubi. Jaka recepta na sukces? Słuchać własnego ciała!U mnie wszystko pod kontrolą,  waga spada, siła na treningi jest. Wody mniej. Ostatnio patrzę na siebie w lustrze i buzia mi się śmieje. Serio? To ja jestem? Te ramiona, ta talia? Wreszcie mam wcięcie! No i gdzie mój sławny, ciążowy brzuch?! :) Jeszcze trochę i może powinnam zacząć rozmyślać nad zmianą domeny bloga, bo będzie nieaktualna. Generalnie zostało mi jakieś 5-6 kilogramów do celu. Niewiele. Niektórzy by pewnie zrzucili to w trzy tygodnie siląc się na pełne wyrzeczeń głodówki. Ale to nie jest rozwiązanie. Albo inaczej: jest, ale krótkotrwałe. Chwilowe i ulotne. Ten kto czytał wcześniej moje przygody, wojny samej z sobą i wiele zmagań z dietami cud, ten wie że jest to proces pełen upadków, depresji i załamań, które nie pomagają. Musiałam znaleźć wiele siły w sobie by powiedzieć to wreszcie na głos: nie akceptuję się taką jaką jestem. Wstydzę się siebie. Nie chcę taka być. Złość i zgorzkniałość, zazdrość i zawiść zaczynały tak często ujawniać się w moich słowach i działaniach, że zaczęłam źle się czuć nawet z własnym charakterem. Taka już domena wielu ludzi: kompleksy kryjemy za maską agresji.

Czara goryczy się przelała, popłynęły łzy i wiele szczerych, naprawdę prawdziwych słów o mnie samej, które usłyszał człowiek, który spędził ze mną prawie 1/3 mojego życia. To przecież kawał czasu. A chciałabym z nim być do końca, na zawsze. To on obiecał mnie wspierać i pomóc w tym co wydawało mi się najtrudniejsze, a zarazem najbardziej koniecznie bym zaczęła zmieniać siebie: siłownia, treningi, sport, ruch. To on kazał porzucić w kąt nudne bieżnie, orbitreki i rowerki na koszt treningu siłowego. Nie żałuję, że uświadomił mi że nawet jak będę trenować systematycznie i ciężko, to nie zamienię się w Rockiego czy Szwarcenegera. Jestem z siebie dumna, że nie uciekłam z płaczem gdy okazało się, że nie tylko nie umiem wykonać poprawnie ćwiczeń, ale też nie potrafię zrozumieć dlaczego moje ciało robi inaczej niż ja bym chciała by robiło i niż tłumaczy mi luby. A uwierzcie mi, że kłaczek zakompleksienia, wstydu i strachu przed tym, że robię źle i nie umiem na oczach innych osób na siłowni, był tak wielki, że kilka razy łzy miałam na końcu nosa, albo chowałam się w najciemniejszym kącie z nadzieją że ten czas treningowy przeleci. Nigdy nie lubiłam półtorej godzinnych treningów kardio. Bieganie mi i tak nie szło, kondycja za słaba. A poza tym to jest tak kurewsko nudne, że człowiek mógłby z tych nudów umrzeć. Dziś wyciskam sztangę, robię siady, martwy ciąg i inne ćwiczenia, które kiedyś brzmiały jak czarna magia. Macham hantlami, po siłowni biegam z zeszytem, notuję progres i skupiam się na pracy mięśni. Teraz, po tych prawie 6 miesiącach zaczynam naprawdę czuć który mięsień pracuje. Nie było to łatwe. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że ludzie wymiękają, odpuszczają, łapią doła. Nie robię tego jednak z radością, że kocham ćwiczyć – do tego może potrzebuję następnego roku, dwóch, pięciu – robię to bo widzę efekty, efekty cieszą bo już się nie ograniczam restrykcyjnymi dietami żeby schudnąć.

Jedzenie, a właściwie zdrowa dieta to 70% tego jak wyglądasz. A że próbowałam różnych sposobów, od dukanów, 3D chilli po wszelkie inne pomysły na to jak jeść by schudnąć, to trochę już o tym wiem. Informacji jest bardzo wiele, bardzo wiele sprzecznych. Jedni mówią, że śniadanie obowiązkowo należy zjeść najpóźniej do godziny po przebudzeniu, inni że po przebudzeniu poziom kortyzolu jest tak wysoki, że żeby rosły mięśnie i aby spalać tłuszcz należy zjeść śniadanie najwcześniej godzinę po przebudzeniu. (ja żeby wypośrodkowa jem dokładnie godzinę po przebudzeniu – na wszelki wypadek, bo nadal nie wiem która wersja jest właściwa) Jedni mówią, że woda z cytryną jest niezbędnym napojem z rana, inni że woda z cytryną podnosi poziom insuliny we krwi. Są ludzie którzy zalecają jeść posiłki o regularnych porach i nie rzadziej niż co 3-4 godziny, a są tacy co wskazują na efektywne zjedzenie solidnego śniadania i nie jedzenie przez 7-8 godzin. Niektórzy na siłę wciskają w siebie ciemne pieczywo, owsianki i płatki, inni mówią: jedz jajka, jedz śniadania białkowo-tłuszczowe. Jedni mówią: licz kalorie, inni że nie powinno się być niewolnikiem cyferek. Mówią ludzie, że żeby schudnąć, trzeba jeść. Mimo to wiele pań szykujących się na występy sylwetkowe robi kardio 2×7 dni w tygodniu i obcina jedzenie do 800 kcal. Jedni mówią, że tłuszcz należy obcinać bo od niego chudniemy, inni że tłuszczu nie należy się bać.

Zwykły Kowalski miałby problem to wszystko pojąć, usystematyzować i wprowadzić do własnego menu. I wcale mnie to nie dziwi, ja sama miałam z tym problem. Moja recepta pewnie nie dla wszystkich okaże się pomocna, ale im bardziej zagłębiałam się w temat i im więcej słuchałam co mój luby ma do powiedzenia w sprawach żywieniowych tym bardziej przekonywałam się do tego, że liczenie kalorii nie koniecznie jest więzieniem i ograniczaniem siebie, tylko sposobem na zrozumienie co mówi Twoje ciało. Systematyczne notowanie nawet grzechów popełnianych w weekendy i pod wpływem % ,  codzienne ważenie się i notowanie zmian sprawiło, że zaczęłam wreszcie namacalnie zauważać jaki sposób jedzenia i jedzenie czego sprzyja założonym celom. Aktualnie rzuciłam węglowodany na pierwsze dwa posiłki. Jem jajka, kiełbasy, sery. Dwa dni w tygodniu poniedziałek i wtorek – jako że występują zaraz po weekendzie kiedy zdarza mi się zgrzeszyć, robię całkowicie bez węgli również na pozostałe posiłki (z wyjątkiem węgli pochodzących od warzyw). Wtedy mam najsilniejszy spadek wagi. W pozostałe dni węglowodany w ilości 50g produktów sypkich (kasza/ryż/makaron) lub 200g surowych ziemniaków – dodaję do jednego, max dwóch posiłków. Liczę kalorie, tzn. notuję wszystko i wychodzi mi 1300-1400 w te dni bezwęglowe i do 1700-1800 w dni węglowe. Nie jestem głodna, jem to co lubię. Jem biały makaron z glutenem, ziemniaki, śmietanę, sery czy kiełbasy. Nie patrzę na to ile zawierają tłuszczu. Chudnę. Zmienia mi się sylwetka. Czuję się lepiej. Wraca mi pewność siebie.

Każdy kto chce zmienić swoje nawyki, a jego motorem napędowym jest chęć zrzucenia wagi, powinien zacząć obserwować swoje ciało. Sprawdzić jakie ma „teoretycznie” zapotrzebowanie kaloryczne i tydzień po tygodniu weryfikować co się z jego ciałem dzieje. Wiadomo, że należy sprawdzać skład i kupować lepszej jakości produkty, ale nie należy popadać w skrajność i biadolić nad pustym portfelem, że się nie ma 40 zł na eko piersi z kurczaka. Mój luby w jednej kwestii ma rację: bilans kaloryczny to podstawa do zrzucenia zbędnych kilogramów. Jak będziesz dostarczać mniej energii niż spożywasz, to rezerwy tłuszczowe pójdą wek. To oczywiście oznacza, że w granicach deficytu kalorycznego można by się z czystym sumieniem stołować w McDonaldzie i chudnąć. Co zresztą już jakiś nauczyciel udowodnił. Tyle że on był płci męskiej. Wiecie czemu mężczyźni nie mają cellulitu? Bo jest brzydki. Dlatego z punktu widzenia nie tyle kalorii i wagi, ale zdrowia włosów, ciała, paznokci, skóry, oczu i naszych bebechów ważne jest to by jednak weryfikować to co jemy i jak jemy. Dla mnie spoglądanie na etykietę to już jest podstawa zakupów cotygodniowych – nowe produkty wybieram tylko pod kątem ich składu. Ale nie oznacza to, że kupuję wszystko na działach eko i przepłacam. Wręcz przeciwnie, wybieram z tych produktów na które mnie stać i które uważam, że nie są marketingowym sposobem na naciąganie ludzi – tu pamiętna gluten-free bazylia suszona. Generalnie moja rada dla wszystkich odchudzających się jest prosta: chcesz zjeść białą bułkę z pasztetem? Zjedz! I ciesz się tym, że jesz coś pysznego. Tylko nie jedz jej 5 dziennie, przez 7 dni w tygodniu. Nie smakują Ci „super-hiper-dietetyczne” chipsy z jabłka czy buraka, ani wafle ryżowe (ja też już nimi rzygam) – zjedz normalne chipsy. To Ty zdecydujesz czy wybierzesz Lays prosto z pieca, czy full tłuszczowe zwykłe Lays. Tylko słuchaj swojego ciała, nie wracaj do rutyny w niezdrowym jedzeniu. U mnie Lays prosto z pieca leżą w szafce w kuchni, czekają na dzień kiedy najdzie mnie na nie smak i zamierzam je zjeść bez skrupułów. Nie wierzysz mi? Widzisz ten tłuszcz, olej, jajka i sery i kiełbasy które jem i myślisz sobie: pewnie kłamie, ściemnia, albo zaraz jej te kilogramy wrócą. Nie dziwię Ci się. To siedzi w głowie. Strach przed tym by uwierzyć, że możesz zjeść jajecznicę na maśle albo sadzone z bekonem siedzi w Twojej głowie. Tłuszcz jest zły, od tłuszczu tyjesz – taką mantrę szepczą szare komórki. Jesz 1800 kalorii dziennie? Jak chcesz schudnąć?! Trzeba jeść 1000 nie więcej. – kolejna mantra. Trzeba zwalczyć te błędne przeświadczenia, trzeba przestać się bać, że każda jedna kaloria będzie zabójcza. Organizm każdego z nas inaczej pracuje, inne ma zapotrzebowanie na energię, każdy z nas inaczej ćwiczy. Może się okazać, że Ty możesz jeść nawet 2200 kcal i będziesz chudnąć. Tak wiem. Ktoś nagle powie: ale ja jem przecież tak mało. Nie mógłbym jeść tyle ile Ty, bo pęknę. Nie jem tyle. Mój znajomy też tak mówi. Jeśli ktoś z Was tyje, mimo że je mało, a przynajmniej tak mu się wydaje – niech weźmie fatsecret albo inny kalkulator kalorii. Bez kłamstw i oszukiwań policzcie swój cały tydzień. Myślę, że wynik może bardzo zaskoczyć.

Czuję się mądrzejsza i pewniejsza w tym co mówię, robię i jak jem. Przekonałam się na samej sobie.

Buziaki! :*

 

5 lat młodsza, a ani kilo chudsza!

03 gru

Nie wiem czy ktoś pamięta jak zaczynałam, tzn. kiedy założyłam bloga i jaka idea mu przyświecała: kolejna dieta cud! A po kolejnej diecie cud porażki, załamania, powrót do starych i złych nawyków. Fast-foody, obżarstwo, alkohol, lenistwo. I tak w kółko, jak na wykresie sinusoidy. To było głupie, bo choć wszyscy mówią że 80% sukcesu to dieta, a 20% to treningi, to w rzeczywistości łapałam się rozwiązań które były trudne do wprowadzenia na stałe. Kiedyś Dukan, potem jakieś inne dziwne diety w promocji za 39,99 zł na miesiąc. Najbliższa temu jak wygląda moja żywienie dziś jest chyba w dalszym ciągu Metoda Równowagi, nawet swego czasu prowadziłam test który miał zweryfikować ile kcal jest w tych porcjach Zdrowego Extra itd. Wychodziło mi wg tych posiłków które spożywałam że jakieś 1700 kcal dziennie przy zamianie Małego co Nieco na Zdrowe Extra. Ale i tak, po dziś dzień jak ktoś mnie pyta czemu sypię tyle tego chilli odpowiadam: „profilaktycznie, jakby jednak 3D chilli działało” – choć oczywiście po prostu lubię ostre, pikantne potrawy. W sumie jakbym miała się urodzić w jakimś innym kraju i miałby to być kraj który byłby mi bliski ze względu na kuchnię to wylądowałabym chyba na Węgrzech :) – wyobrażacie sobie jakby brzmiały moje wpisy czytane na głos po węgiersku? Egeszmegesz kurczaki! :D Ew. byłyby to Włochy lub Meksyk :) (w Meksyku mogłabym być gruba z wielką dupą i ogromem cellulitu, a i tak bym się podobała facetom :P) Teraz skupiam się przede wszystkim na liczeniu kalorii, a właściwie uznałam że mniej więcej wiem ile to kalorii i nie liczę z lenistwa. Szukając pomysłu na słone przekąski, które będą „dietetyczne” zagadałam jedną z Fitnesek o kilka spraw, aż doszłyśmy do wątku: a ile Ty dziewczę żresz? Zmotywowałam się i wczoraj zliczyłam wszystkie kalorie i zweryfikowałam ile żrę. 1400 kcal około. Fitneska od razu uznała, że za mało. Że powinnam jeść by chudnąć i wcale nie dziwią ją moje wahania wagi. Przeglądając randomowe kalkulatory zapotrzebowania kalorycznego te polskie i zagraniczne, wyszło mi że moje zapotrzebowanie przy regularnym wysiłku fizycznym, siłowym bez kardio i zadyszek i generalnie bez ćwiczeń tlenowych, to jakieś 1900-2000 kcal. No i okey. Takie mam zapotrzebowanie, jakbym tyle jadła, to bym spalała tłuszcz, zamieniając go w mięśnie, ale powoli i pod warunkiem że trwałoby to dzień w dzień nieprzerwanie. Ale wystarczy otworzyć dowolny artykuł, stronę itd. o tym jak powinna wyglądać dieta redukcyjna i pisze wprost że od zapotrzebowania kalorycznego, na redukcji należy odjąć od 200-500 kcal. Biorcą pod uwagę, że ja bardzo często nadrabiam braki kaloryczne w weekend to odjęcie 500 jest jak najbardziej wskazane. Zresztą była zdziwiona czy mam ja siłę na trening? Pewnie że mam. Generalnie nie jem węglowodanów, a mimo to nie czuję się słaba ani zmęczona podczas treningów, a trenuję poniedziałek, wtorek, czwartek i sobotę. Więc sporo. Poniżej tego 1400 chyba już schodzić nie będę. Ale chcę zmienić orzechy i kabanosy, które wypełniały mi przerwę pomiędzy poranna kawą, w pracy a obiadem, na coś bardziej dietetycznego. Rozważam jakieś pasty może z jajka, ryby etc. + trochę warzyw i ze dwie kromeczki chrupkiego pieczywa. Mimo wszystko kalorie z orzechów i tłustych kabanosów to trochę za dużo jak dla osoby, która pracuje nie tylko nad samą sylwetką, ale jednocześnie chciałaby zrzucić nie mało kilogramów.

Dziś na siłowni nie wytrzymałam z ciekawości i zdecydowałam się kolejny raz spróbować sił z Tanitą – czyli tą wstrętną wagą, która prawdę Ci powie o wszystkim. Pomiar bardzo mnie zdziwił. Przede wszystkim pokazała mi kilogram więcej niż rano, ale co najgorsze pokazała dokładnie taką samą wagę jaką miałam 19 września gdy robiłam ten pomiar poprzednio! Trochę się zdziwiłam. Przecież 14 cm w pasie mniej musi się przekładać na chociaż kilogram w dół! A tu nic, zupełnie nic… Dodam, że wczoraj zmieściłam się w stare jeansy które kupiłam dwa lata temu gdy schudłam również ćwicząc na siłowni i jedząc. Gdy je kupowałam, ważyłam jakieś 4kg mnie niż obecnie. Super cudowne slim rurki z Diversa. Wchodzę w nie dziś! Są mocno dopasowane przez co trochę brzuch mi odstaje, ale cała reszta: tyłek i uda wyglądają super! Więc o co chodzi?

To już zaczyna być obsesją. Centymetr krawiecki na pewno się naciągnął, waga źle waży. Wchodzę na nią codziennie i codziennie nie wiem co myśleć o tym co na niej widzę. Jem, liczę, świruję. Za dużo jem? Za mało? To ile? Dlaczego cyferki na wadze się nie zmieniają? Czy to wina wagi? Mnie? Albo rosną mięśnie? Aż tyle?! Nie, to nie możliwe.

Co mówi Tanita?

waga: 70,3 kg
% tłuszczu:
32,8 – we wrześniu było 35,6 więc: 2,8% mniej!
kg tłuszczu: 23,1 – we wrześniu 25,0 więc: 1,9 kg mniej!
kg mięśni: 44,8 – we wrześniu 43,0 więc: 1,8 kg więcej!
kg wody: 33,5 – we wrześniu 32,1 więc: 1,4 kg więcej!
zapotrzebowanie: 1446 kcal
wiek metaboliczny: 39 lat – we wrześniu 44 więc: 5 lat mniej!

Gdyby poziom wody w organizmie był taki sam jak przy wrześniowym pomiarze, waga powinna pokazać 68,9 kg – co daje łącznie 5,8 kg mniej od wakacji. Ale czy można to tak interpretować? Wiadomo, różna faza cyklu miesiączkowego, różne stężenie hormonów więc wody więcej i waga wyższa. Pocieszam się bo te 68,9 byłoby już ładnym wynikiem.

Moje obsesje są oczywiście teoretycznie. Widzę co się dzieje, świruję, ważę, mierzę, szukam informacji i próbuję coś zmieniać, ale zawsze znajdzie się pokusa której nie odmówię. Teraz wybywamy na weekend do Krakowa. Wreszcie chwila relaksu, sobota bez siłowni. Odpoczynek. Muszę zregenerować siły. Szkoda, że ćwiczenia kardio są takie nużące. Przecież ja nawet jak rozmyślam w swojej głowie to się nudzę już po dziesięciu minutach marszu na bieżni z odpowiednim dla mojego wieku tętnem. Bleeeh…

Aaaa i dziś pobiłam swój rekord: 30 kg wycisnęłam na klatę! :*

Buziaki!

 

Tanita – taka tania dziwka.

19 wrz

I bynajmniej nie o burdelu będzie dzisiaj, a o piekielnym rozczarowaniu. Dziś na siłownię pojechaliśmy w południe, umówieni ze znajomym który również się na nią zapisał. Chcieliśmy mu pokazać jak ćwiczymy i dlaczego nie robimy tylko kardio. Ponieważ znajomi mają pewną domenę – spóźnialistwo (każdy z nas ma przynajmniej kilku takich) to w oczekiwaniu na jego przybycie postanowiłam się zważyć. Na Tanicie ważyłam się też w listopadzie gdy po raz pierwszy poszłam na tę siłownię. Czyli niecały rok temu. Rok wielkich wzlotów, płonnych nadziei i bolesnych upadków. Ale jak wiecie od lipca trenujemy ostro, kilka razy w tygodniu, bez marudzenia i płaczu. Wiadomo, były imprezy, były wakacje ale moja waga spadła, jestem silniejsza, robię ćwiczenia jakich wcześniej nie byłam w stanie. Już nawet opanowałam hantle i nie latają mi każdy w inną stronę gdy robię jakieś ćwiczenie. Jakież było moje rozczarowanie gdy wydruk z Tanity wyszedł gorszy od tego listopadowego!

Waga 70,3 kg (w tym 0,5 kg to ciuchy) – trochę za wysoka względem tego co pokazała moja domowa waga, ale kto wie – może po śniadaniu tak mnie przeciążyło. Ale dalsze zapiski były jeszcze smutniejsze, od wieku metabolicznego, po masę mięśniową. Wszystko gorsze od poprzedniego wyniku. Jak to jest możliwe? No więc trochę się wkurzyłam. Zła jestem na siebie bo niepotrzebnie na tą wagę wchodziłam tak między Bogiem, a prawdą. Nie był mi ten pomiar potrzebny do niczego. Jeszcze nie teraz. Chciałam dopiero w grudniu, właściwie na koniec roku. Te wagi są po prostu beznadziejne. One to jakoś procentowo liczą, albo jakiś stosunek do wieku. Bo w końcu siłą rzeczy jestem rok starsza niż byłam w listopadzie 2014 r.

Ale trening i tak był dobry. Robiliśmy klatę, więc dumna z siebie wyciskałam sztangę z talerzami 1,25 i robiłam to bez zająknięcia. Ale trenerka i tak zasugerowała, że powinnam robić 40 minut kardio po każdym treningu. Kurde, znów tyle czasu? Jeśli ćwiczymy półtorej godziny, a ja mam jeszcze zrobić 40 minut kardio potem? No nic, będę próbować. Musi się dać, muszę wyjść ze swojej strefy komfortu.

Trzymajcie kciuki! :*

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, O mnie, Sport