RSS
 

Notki z tagiem ‘smutek’

Dałam dupy…

20 lip

Cześć. Nie krzyczcie, nie duście, nie złośćcie się. Pamiętam jak sama powtarzałam, że w kupie siła i razem zawsze damy radę. Sama krytykowałam tych którzy znikają bez słowa. Długo zbierałam się na odwagę by przyjść tu i powiedzieć: „hej dziewczyny… dałam dupy”. Po pierwsze dlatego, że zrobiłam to o co krytykowałam innych (zniknęłam…), po drugie dlatego że cały mój pęd z odchudzaniem, metodą równowagi i innymi takimi, legł w gruzach krótko po poprzednim, marcowym poście. Przez kwiecień i maj na siłowni nie byłam prawie wcale, a jeść zaczęłam zupełnie normalnie i wszystkie smutki zajadałam i zapijałam piwem. Działo się źle. Wręcz bardzo źle biorąc pod uwagę atmosferę w domu. Już kiedyś pisałam jak wyglądały relacje z moim nieślubnym znajomym przez to, że się nie akceptowałam. To była równia pochyła. W połowie kwietnia zaczęliśmy remont kuchni w naszym mieszkaniu, ale nawet to nas nie zbliżało do siebie. Wręcz przeciwnie, kurz, brud, pył i graciarnia sprawiały, że oboje byliśmy negatywnie nastawieni do wszystkiego i siebie na wzajem.  W maju myślałam, że tego kryzysu nie przetrwamy, on złośliwie upierał się na wesele znajomego (którego ja serdecznie nienawidzę), gdzie będą sami obcy dla mnie ludzie. Na samą myśl o poszukiwaniu sukienki bolał mnie brzuch. Grubaska z wielkim cycem szukająca sukienki, w której będzie ładnie wyglądać… W końcu nadszedł taki dzień, że pękłam. Uratować nasz związek mogła tylko szczerość. Nie płacz, że nie chcę, bo nie lubię, nie znam… tylko PRAWDA. To był maj, już po majówce, już po remoncie. Wtedy we łzach powiedziałam wszystko o sobie, kompleksach, o tym że nienawidzę się za bycie tłustą świnią, że mam wrażenie iż każdy na mnie patrzy i myśli sobie jaka jestem gruba. Że on się mnie wstydzi, że nie kocha, że… i wtedy zdałam sobie sprawę, że od lutego do maja ani razu ze sobą nie spaliśmy. On myślał, że ja nie chcę,  nie kocham, ja cieszyłam się że mogę zasnąć nie martwiąc się o to jak wyglądam bez ubrań… To był najgorszy dzień mojego życia. Ale po raz pierwszy powiedziałam to głośno: jestem gruba, muszę z tym coś zrobić na prawdę, a nie udawać że robię i marudzić, że nie wychodzi.

Czerwiec przeleciał szybko przez maraton rodzinnych imprez (na których też jestem najgrubsza! – nie licząc babć). Na koniec czerwca waga pokazała 74,7 kg. Jeszcze więcej niż wcześniej. Wierzcie mi to było przerażające. Nieślubny znajomy zmienił siłownię, zapisał się tam gdzie ja. Został moim trenerem personalnym. Jeździmy 2-4 razy w tygodniu i spędzamy tam półtorej, a nawet 2 godziny. Przez ostatnie 3 tygodnie schudłam 3 kg. Dziś rano moja waga pokazała 71,6 kg. Oprócz treningów zmieniło się nasze odżywianie, a przynajmniej nastawienie. Pamiętacie jak marudziłam że on potrafi jeść w kółko kurczaka, ryż i brokuły? O tym też rozmawialiśmy w maju, w burzy łez. Że ja nie mam motywacji, gdy on ciągle je sam jedno i to samo, że smaży sobie kurczaka, a ja muszę sobie planować swoje posiłki sama, mimo tego że przecież żyjemy i mieszkamy razem… Teraz planujemy razem zdrowe zakupy, zdrowe posiłki. Ale nie stosujemy żadnej diety (choć tak jak dziś wyczytałam u jednej z dziewczyn – dieta to nie sposób na odchudzanie, dieta to sposób odżywania nawet gdy się nie odchudzamy). Więc zmieniliśmy nasze odżywianie. Jemy obiady w pracy i wspólne kolacje. Wyliczyliśmy zapotrzebowanie kaloryczne, przez około tydzień liczyliśmy makro żeby mniej więcej wyczuć co i jak. Trzymam się około 1650 kcal na dzień, a to pozwala nawet na jedzenie dużych ilości węglowodanów – czego nie robię, bo ustaliliśmy że należy jeść tak by czuć się dobrze. Po dużej ilości węgli czuję się zmulona, więc staram się ich nie jeść przed treningiem. Ciemne pieczywo, ryż basmati (jest mniej kaloryczny od brązowego!), razowy makaron, czasem jakieś tortille. Wszystko w ramach zdrowego rozsądku. Wiecie że Warka Radler ma 2x mniej kcal niż zwykłe piwo? Jak mam ochotę to po prostu piję. I patrzę tylko na bilans kcal.

Od miesiąca śledze na fejsbuku profile kilku fitnesek. Ostatnio wydaję nawet więcej pieniędzy na sportowe ciuchy żeby mi się wygodnie ćwiczyło na siłowni. Koleżanka, z którą chodziłam od początku tego roku, chodzi z nami nadal i ćwiczy razem z nami. Kondycję mam coraz lepszą, już nie maszeruję na bieżni pod górkę, teraz po treningu na maszynach lub wolnych ciężarach, idziemy na bieżnię i biegam interwałowo przez 15-20 minut. A jak wygląda trening? 5 minut to jest zwykła rozgrzewka na orbitreku, potem rozciąganie a potem… siady z obciążeniem. Miało być od razu ze sztangą ale plecy mam słabe i za bardzo pochylam się do przodu, więc ćwiczę siady z hantlami czy ketelkiem (czajniczkiem :P). W ogóle robię dużo dziwnych ćwiczeń: wiosłowanie, rozpiętki etc. A niedługo mamy dorzucić jeszcze martwy ciąg. W zeszłym tygodniu byłam na siłowni aż cztery razy. Najlepiej wspominam sobotę i niedzielę kiedy przyjechaliśmy tam o 10 rano, był już nowy sprzęt zamiast rzędu maszyn. Taka klatka z różnymi atrakcjami, trochę jak park linowy, albo plac zabaw dla dużych dzieci. Te treningi to była wręcz zabawa, rzucaliśmy do tarczy 4kg piłką z przysiadu, skakaliśmy na skrzynię (bardzo ciężko jest opanować odruch odbijania się!), a nawet biegaliśmy na linie… Taka z gumy z uprzężą jak dla huskiego do ciągnięcia sani. Brzmi śmiesznie? No by było. Nie wiem kiedy się tak uśmiałam na siłowni, serio… :D

Postaram się nadrobić wpisy u was, mam nadzieję że miałyście więcej wytrwałości niż ja. I że trzymałyście się razem. Buziak :*

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Codziennik

 

Moja wina, moja bardzo wielka wina…

03 sty

Jak trwoga to na bloga… oczywiście wszystko olałam i zaprzepaściłam. Cały grudzień praktycznie 0 siłowni, za to dużo świńskiego i niezdrowego jedzenia. Święta, Sylwester… no i mamy 3 stycznia, a moja waga pokazała dzisiaj taką liczbę, że prawie się popłakałam. Pocieszam się jedynie faktem, że ważyłam się nie rano, nie na czczo i że jutro druga cyfra będzie niższa.

Jestem załamana, teraz dopiero zaczął pojawiać mi się celulit, nigdy wcześniej nie miałam z tym problemu. Skóra jest taka miękka, plastyczna, fuj… Nawet straciłam ochotę na seks. Kładziemy się spać, a ja tylko w duchu mam nadzieję, że mój luby jest tak samo zmęczony i grzecznie zaśniemy. To jest przerażające…

On poszedł na siłownię, ja odpaliłam kolejny odcinek Under the Dome S02 i wskoczyłam na rowerek, 45 minut za mną. Skąd wziąć siłę, wytrwałość? Czemu nie mam silnej woli?

Zamówiłam przed świętami książki dot. tego grupowego odchudzania „Klub Równowagi” od czego zaczęło się pisanie tego bloga. Muszę coś ze sobą zrobić, lat nie przybywa a ja wyglądam coraz gorzej… Czekam na nie, czekam na przepis na to co jeść, jak jeść i… chyba zamknę się w sobie na najbliższe pół roku. Aż nie mam nawet ochoty wychodzić do ludzi. Muszę tylko znaleźć zajęcie które odciągnie mnie od jedzenia, bo siedząc całe popołudnia czy dnie w weekendy w domu, myślę tylko o tym co by tu zjeść…!

:( jest mi źle…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Marudzenie