RSS
 

Notki z tagiem ‘przysiad’

Odrobina motywacji nie od fitneski, a od zwykłego szaraczka :)

30 lis

Dziś będzie bardzo pozytywny wpis. Chciałabym się z Wami podzielić swoim efektem… z góry przepraszam tych którym nie podoba się świecenie tyłkiem w internecie, i którzy będą zniesmaczeni faktem że pcham przed obiektyw swoją grubą dupę. Nie wiem czy śledzicie jakieś Fitneski, trenerki i sportowców na fejsbuku. Ja ostatnio mam ich coraz więcej. Część współpracuje z ludźmi online udzielając wskazówek jak jeść, co ćwiczyć, a później chwalą się postępami swoich podopiecznych. Fajnie, uważam że to bardzo pozytywne, niestety w większości przypadków są to całkiem szczupłe i zgrabne dziewczyny, które jedynie chcą mieć lepszą sylwetkę, nie walczą z otyłością i nadwagą. Myślę, że przyczyna leży w dwóch kwestiach: a) grubaski się nie zgłaszają, bo się wstydzą że wylądują na fejsiku oraz b) grubaski które się zgłosiły bardzo szybko poddały się i przestały walczyć. Zdrowe odchudzanie to nie jest utrata 1 kilograma tygodniowo jak na restrykcyjnych dietach, po których tylko czekamy na efekt jojo. Mój luby twierdzi, że jeśli miesięcznie będę gubić 1-1,5 kilograma to będzie to ładny wynik. Zdrowy, naturalny i za którym idzie zmiana sylwetki, mięśnie a nie tylko utrata tłuszczu i wody. Ale to może demotywywać, wierzcie mi. Parę razy już płakałam na siłowni, gdy kolejny raz moja waga miała wahania i było źle. Traciłam motywację, zapał i miałam ochotę rzucić to wszystko w piździec. Teraz coraz bardziej zaczyna mi się  podobać wizja mnie wysportowanej, umięśnionej, choć mój przyjaciel zaprotestował że z mięśniami nie będę kobieca i jak to tak. Ale będę. Kilka dziewczyn śledzę na bieżąco, wiem że takiej sylwetki nie uzyskam jak one, bo to lata pracy i wyrzeczeń na które wg mnie życie jest za krótkie, ale będę dążyć. Podobają mi się, są seksi. Nawet przestałam się martwić tym, że przy mojej posturze bardzo szybko znajdę się w gronie #udżilli – czyli kobiet, które prócz #zdrowadupa mają też ogromne „czwórki”.

Generalnie od września, od powrotu z wakacji nie opuściłam ani jednego treningu (nie licząc dosłownie 5 dni kiedy rozłożyło mnie okrutne przeziębienie). Jem zdrowo, ale w weekend pozwalam sobie na grzechy. I z tego względu muszę chyba nieco wyregulować swój plan posiłków i ilość kcal jakie spożywam, bo czasem przy bardziej intensywnym weekendzie nie mam spadku wagi. Po prostu całotygodniowy bilans kcal wychodzi mi na zero. Dlatego zrezygnowałam już zupełnie z masła na tym moim low carb i z porannej dawki węglowodanów w postaci pieczywa. Od teraz na śniadanie spożywam 3 kromki chleba chrupkiego. Mają razem około 70 kcal czyli tyle ile jedna kromka chleba. Reszta posiłków bez zmian, ale żeby nie kusiło mnie jedzenie chleba na kolację to również przygotowujemy gotowe pojemniki z kolacjami. Od przyszłego tygodnia luby chce abyśmy 1 dzień tygodniowo robili czysto węglowy – odpuszczając wszelkie tłuszcze, a uzupełniając zapas energii węglami. To będzie ciekawe doświadczenie, wymusi inne spojrzenie na planowanie #mealprepsunday. Ale myślę, że podołamy :) a zawsze to fajniej móc zjeść makaron choć raz w tygodniu.

Najtrudniej mam z drugim śniadaniem, teraz biorę kabanosy i marchewkę i miks orzechów, ale prawda jest taka, że to też kalorie, za dużo kalorii. Będę musiała zamienić to na kanapki z chrupkiego pieczywa, które będę komponować w pracy. Jak już kiedyś pisałam, za nic w świecie nie zjem owoców – a już zwłaszcza zimą. Trzepie mną na samą myśl o tryskającym soku z zimnej pomarańczy. Choć sam zapach uwielbiam to myśl o zjedzeniu owocu, sprawia że nie chce mi się… szkoda, że jajko tak śmierdzi – brałabym pasty i omlety do pracy.

Dlaczego motywacja? Dlaczego szaraczki? Kiedyś pisałam, że zauważyłam iż znika mi cellulit, że moja pupa się uniosła sama z siebie – znaczy no, sama z pomocą mięśnia pośladkowego wielkiego, ale że to widać, że to cieszy! Dlatego wrzucę Wam zdjęcia – co może się zacząć dziać z Waszym ciałem jak przestaniecie myśleć o odchudzaniu i ćwiczeniach jako o nudnym i męczącym kardio. Takie machanie ciężarkami jest czasochłonne, ale daje też przerwę na odpoczynek. Jednocześnie nie nudzi się tak szybko, można machać, ćwiczyć i wyciskać i nawet nie wiem kiedy zlatują mi prawie 2 godziny! Rly! Wpadamy na siłownię 17:15, wychodzimy po 19. Ja już się przekonałam.

A teraz fotki:

12279067_954264664619445_1243504160418987187_n 12075072_954264224619489_3997626650017894908_n

 

Wiem, że nadal jestem gruba – to nie o to chodzi, że chcę Wam pokazać że nagle po 3 miesiącach jestem chuda i seksowna. Bo tak nie jest. Chodzi o to, że ćwiczenia zmieniają naszą sylwetkę, poprawiają kształty. A ostatnio już prawie mi się udało wykonać poprawnie siad ze sztangą. Nie bójcie się spróbować, nawet jak na początku będzie ciężko i źle. Ja ja pierwszy raz wzięłam hantle do łapek to mi latały nieskoordynowanie każda w inną stronę. A ostatnio wyciskałam na barki hantle po 8kg! Jeszcze trzy miesiące temu jakby mi ktoś powiedział, że je podniosę i będę nimi robić 4 ciężkie serie to bym spojrzała jak na wariata. A teraz nie mogę doczekać się kolejnego progresu. A już w niedługiej przyszłości wyciskać będę sztangę z dwoma 5kg talerzami – też sobie tego nie wyobrażałam kiedyś. Ćwiczenia siłowe są naprawdę fajne. Nie chcesz chodzić na siłownię? Możesz je robić w domu.

Aaaa od dziś dołożyłam sobie jeszcze jeden wysiłek fizyczny 20-30 minut rano po przebudzeniu na brzuch i pupę. Kazałam lubemu kupić matę i dziś ćwiczyłam pierwszy raz. Brzuch i pupę czuję nawet teraz siedząc w pracy. Ale to fajne uczucie. Trzeba, trzeba, trzeba. Jak w sobotę spotkałam się ze znajomymi to wszyscy byli zdziwieni efektami (długo nie umieliśmy się zgadać na jakieś spotkanie, także z dwójką już się nie widziałam dwa miesiące, z jednym mniej bo odwiedzałam czasem). Tak. 13 cm w pasie mniej. Tak, lepsza sylwetka. Tak, jędrniejszy biust który też trochę zmalał. I na hasło „wszyscy czekają na efekt jojo” uśmiecham się przebiegle – tym razem zmieniam nie tylko swoją wagę, ale i całą siebie. Nie poddam się i nie będzie efektu jojo.

Życzę Wam wszystkim tyle radości i siły!

:*

 

Rób siady dziewczyno!

09 lis

Nastąpiła kolejna, bardzo długa przerwa w pisaniu na blogu. Ale tym razem nie wróciłam ze spuszczoną głową i ze łzami w oczach, marudząc pod nosem: „znów się nie udało”. O nie! Tym razem piszę z sukcesem, powerem i pozytywną energią, i chciałabym w wielkim skrócie opisać ostatni czas. Od początku września był tylko jeden tydzień, w którym nie byłam na siłowni minimum 4 razy – to było przed Wszystkimi Świętymi, bo mnie rozłożyło przeziębienie. Od września co tydzień w niedzielę – czyli już 7 tygodni, robimy #mealprepsunday z lubym. Niezmiennie z pełną wytrwałością gotujemy kilka dań i układamy w pudełeczkach zapełniając nimi lodówkę na cały tydzień. Jestem z nas dumna, bo to wymaga mobilizacji, rezygnacji z wolnego popołudnia w niedzielę. Ale efekt jest, zapachy, smaki. Wygrała wołowina mielona na sypko po meksykańsku. Z papryką, pomidorami w puszce, fasolą i kukurydzą. Wczoraj zrobiliśmy taki meksykański mix z dwóch kg mięsa mielonego. Ale warto, bo to smakuje nam najbardziej. To taki wariant tej mojej zupy meksykańskiej tylko na sucho… J Tak czy inaczej jemy zdrowo, jemy low carb – pieczywo tylko na śniadanie, a później węgle tylko z owoców i warzyw. Ja czuję się na tej diecie naprawdę dobrze, zdecydowanie lepiej niż po wciśnięciu w siebie woreczka ryżu dziennie. Nie wiem czy umiałabym wrócić teraz do takiej ilości produktów skrobiowych. Jemy skorbię zwykle w weekend w ramach „zdrowych” cheat meal, ale jak mamy napad to nie odmawiamy sobie pizzy, ani popcornu czy chipsów. Nie za często, ale jednak pozwalamy sobie. Żeby dieta nie była udręką. Motywacje i nagrody nieco zmieniły swój charakter, głównie przez to że ostatnio znów sporo spendów rodzinnych i ze znajomymi. W końcu było Halloween, a teraz urodziny mego lubego.

Dowód na to, że węglowodany są chu!@##owe:

12227691_943150555730856_8965358361643920259_n

Największy i najbardziej zauważalny progres to siłownia. Spadków wagi nie ma aż tak dużych, co zresztą nawet dobrze – nie jestem zagrożona zwisającą i zwiotczałą skórą po intensywnym odchudzaniu. Cellulit znika. Powoli, ale jednak jest go zauważalnie mniej. Pupa… przepraszam, że to napiszę ale ostatnio sama lubię się po niej dotykać. Podniosła się od wszystkich ćwiczeń, od siadów które robimy. Trenujemy ostro. Ostatni tydzień już z nowym planem treningowym, w którym partie podzielone są na dwie tzn. góra i dół. Ale jak góra to naprzemiennie lekko klata / mocno plecy i drugi trening odwrotnie ciężko klata / lekko plecy. Tak samo z nogami. W minioną sobotę podjęłam wreszcie wyzwanie siadów ze sztangą, do tej pory robiłam je z hantelkiem (ostatnio 10×10 z 14 kg). Do tej pory miałam opory bo jestem wstydliwym i zakompleksionym brzydkim kaczątkiem. Świadomość, że każdy na mnie patrzy, a ja robię i nie umiem, i trzeba mnie pouczać, poprawiać powoduje, że już słyszę w głowie te myśli ludzi: „o boże taki grubas, próbuje a nie umie, po co ona się za to bierze, niech idzie biegać i wypocić ten zapas tłuszczu…”. Inny powód dla którego nie robię, bo się boję i nie umiem, jest taki – jak już pisałam wielokrotnie, jestem sportowo straszliwą łamagą dlatego, że wf w szkole był jaki był… Sporo czasu minęło zanim zdałam sobie sprawę, że jak luby mówi „proste plecy” to nie chodzi o kąt prosty z udami przy siadzie tylko o to żeby były proste nawet jak jestem pochylona… serio myślałam, że mi się pochylić nie wolno i o to chodzi w prostych plecach… no nie ważne. Jestem jaka jestem, a jak mi nie wychodzi i do tego nie rozumiem co i dlaczego mi nie wychodzi, to mi się łzy pod oczami zbierają i nastawienie mam bojowe pt. „odpierdol się ode mnie”. Tak jest z oddychaniem. Tzn. z oddychaniem przez przeponę. Nie umiem. Ja jak wciągam powietrze to ono zatrzymuje się w płucach, nigdy w brzuchu i nie ogarniam czemu wiecznie słucham, że źle robię, że źle oddycham. Oprócz tego, że ja ogólnie oddycham pod dyktando mojego ciała, a nie tak jak trenują mięśnie. W dodatku oddycham przez nos, a nie rozdziawiam gębę jak hipopotam… a potem słyszę, że źle, źle, źle…

No, ale wracając do przysiadów ze sztangą to już powoli ogarniam, ale jeszcze nie do końca. Kolana same mi się wysuwają do przodu jak się zniżam, a na hasło „tyłek do tyłu” mam wrażenie, że się wywrócę z tą 20 kg sztangą… dlatego w środę jest święto, nasza siłownia czynna o 10. Na otwarciu zwykle jest mało ludzi więc będziemy ćwiczyć znowu. Choć po tej sobocie, po tym treningu na nogi zakwasy mam do dziś. A wydawało mi się, że to taki lekki trening był bo większość czasu zajęła nauka.

Ma ktoś jakieś doświadczenie  z przysiadami i z takimi asportowymi łamagami jak ja? Przygarnę kogoś kto może mi to łatwiej i cierpliwiej zobrazuje niż mój luby… no i trzymajcie kciuki, żebym nie wybuchła płaczem w środę ;)

Dress-code siłowniowy, czyli to co pozwala poprawić humor i dodaje poweru. Otóż już pewien czas zbierałam się do zakupu nowych legginsów. Głównie dlatego, że 5,7 kg za mną i te które mam są luźne. Poza tym one były takie mało sportowe, zwykłe, bawełniane. Chciałam elastyczne, do których nie lepią się cićki i kocia sierść i które będą powoli podkreślały to co już udało mi się wypracować. Pierwotnie miały być zupełnie zwykłe, czarne z Decathlona, bo ja jestem anty-kolorowa. Raczej preferuję w czarnych, szarych, brązowych, białych i beżowych rzeczach. Ale zaczęłam szukać po internecie. I znalazłam cudo…!

 11261200_940181912694387_1426549718853792659_n

Wiem, że tu na zdjęciu są do sneakersów na koturnie ubrane, ale są typowo sportowe z szerokim pasem i nie lecą z tyłka przy treningu kardio. No i tak… ja wiem, że ładny ciuch na siłowni wcale nie sprawi, że będę lepiej ćwiczyć. Nie doda mi umiejętności. Ale dodaje siły. One są kompletnie w moim stylu, idealne do mnie, dla mnie, no cudne… Zresztą nie można o mnie mówić, że jestem paniusią co ślicznie odstrzelona w pełnym makijażu przychodzi poskakać troszku na steperze. Włosy ściągnięte w kucyk żeby nie przeszkadzały, zero makijażu, spocona i czerwona… zdecydowanie bliżej mi do grubej i żeńskiej wersji rambo, niż napakowanej Barbie.

uhhh… dziś kolejny dzień treningu! :)

Miłego dzionka dla Was.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, O mnie, Sport