RSS
 

Notki z tagiem ‘nadwaga’

Eat clean & no gluten

06 sie

Dzisiaj będzie trochę nudno i pewnie przydługaśnie, ale z napisaniem notki na temat żywienia biję się już od pewnego czasu. Chyba od momentu gdy zaczęłam dokładniej śledzić fejsy i blogi Fitnesek i czytać na temat dietetycznych posiłków na śniadanie/obiad/kolację. Ostatecznie zdecydowałam się, bo wczoraj podczas treningu dostrzegłam dziewczynę z łapami do pozazdroszczenia, w koszulce z pięknym napisem: „Eat clean train dity”. Ohh! Pierwsza moja myśl była TEŻ CHCĘ TAKĄ! JUŻ! NATYCHMIAST! A potem troszkę zmieniłam zdanie, hasło podoba mi się nadal ale z przodu tej koszulki dziewczę miało reklamę sklepu z odżywkami. Nie wiem jak „eat clean” (w domyśle zdrowa, czysta, nieprzetworzona żywność) ma się do sproszkowanych odżywek białkowych ze sztucznie wygenerowanym aromatem wanilii, czekolady albo orzechów czy pistacji, ale sorry… to chemia i przetworzone żarcie w takim stopniu, że mnie mdli na sam widok tego proszku. Kilka puszek mam w domu, bo mój Nieślubny Znajomy niegdyś zajadał się wszystkim. Niedawno mi tłumaczył, że część z tego w ogóle nie działa i sprzedawanie tego czy zachęcanie przez trenerów to zwykły shit, nie pamiętam które to były substancje bo jest tego cała masa, inna sprawa że wszędzie zalecają znacznie większą dawkę niż to rzeczywiście jest wymagane. Ale na tym się nie znam. Z czym mi się kojarzą sproszkowane białko o słodkim smaku? Ze słodkim żarciem! Bleeeh! Czytając masę przepisów tej czy tamtej osoby można zauważyć że wszędzie warto dodać sproszkowane coś-tam. Generalnie zamiast zjeść jogurt waniliowy lepiej dowalić sproszkowanego, czystego białka. Rozumiem, że ta zasada dotyczy zwłaszcza tych, które/którzy chcą robić sylwetkę na pokaz, ale czemu tymi odżywkami są zasypywani we wszystkich propozycjach biedni szarzy ludzie?

Większość blogów czy profili na fejsie które czytałam, to kobiety deklarujące bycie mięsożercą. W ogóle dla nich krowa i bekon to najwspanialsze żarcie. Ale miliard pięćset sto dziewięćset wpisów to oczywiście ciasta, ciasteczka, babeczki, batoniki, serniczki, galaretki, budynie… zaraz się porzygam. Serio? Czemu nikt nie pisze przepisów na wołowinę, wieprzowinę, schab, mielone, kurczaka… Aaa! Bo wszystkie „trzymają michę” czyli żrą ryż + warzywa + chude białko – kurczak, indyk, ryby. W tych samych przyprawach, tak samo nudnie. Mój luby miał rację – żeby jeść coś takiego tyle czasu trzeba mieć naprawdę mocną psychikę. Ja nie mam. Dlatego moje jedzenie zostało w znacznej części pozbawione węglowodanów i wcale nie żałuję, czuję się bez nich mniej ospała i mniej ociężała. Węgle jem na śniadanie w formie pieczywa i w formie płatków na drugie śniadanie. I przestałam zapychać się suchymi owsianymi płatkami bez niczego, kupuję dowolną mieszankę musli czy crunchy, a czasem nawet miodowe kółeczka (produkt Auchan, smakują identycznie jak Cziriosy a są dużo tańsze). A jak mam głód i potrzebę to i na obiad bądź kolację zjem ziemniaka czy jakiś ryż/makaron. Ale zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Za to nie odmawiam sobie tłuszczy np. w postaci żółtego sera. Jak już robimy burgery bez bułki i sałatkę to chociaż z przepysznym chedarem do tego! Jak leczo to z chudą wołowiną i odrobiną tłustej kiełbasy, ale takiej która w składzie ma powyżej 85% mięsa. Jestem mięsożercą i czuję się świetnie jedząc mięso. Mogę wyrzec się wszelkich słodyczy, dla mnie mogą one nie istnieć.

Czasem człowiek tak ma, że budzi się i czuje przypływ genialnego pomysłu! Ja też tak miałam dwa dni temu i nadal jeszcze jestem w euforii tego na co wpadłam. Być może niedługo poznacie mnie z trochę innej strony, mam taką nadzieję – może nawet odmienię nieco Waszą kuchnię. Natchnęła mnie tym autorka jednej ze stron na fejsie, ale nie związanych ze sportem czy fitnessem. Chodzi o przyprawy. Wchodzicie do sklepu czy innego markietu i co? Kamis, Prymat + produkt lokalny markietu. I tyle. A jak chcecie kupić wodę mineralną to trudno wśród niebieskich i zielonych etykietek odnaleźć tę jedną, bo firm i marek jest tak wiele. O ile w zwykłych ziołach pewnie nie trzeba się doszukiwać jakichś istotnych spraw (choć niedługo wspomnę dlaczego w temacie wisi „no gluten”) o tyle gotowe mieszanki przypraw to już trzeba wybierać ostrożnie. Większość z nich zawiera dużą ilość soli, która stanowi jeden z ważniejszych składników. A np. przyprawa do skrzydełek Kentucky kosztuje 1,79 zł i na kg skrzydełek (które kosztują 4 zł) należy zużyć całe jej opakowanie wg producenta! A co gdyby były przyprawy bardziej wydajne? Trochę droższe, ale naturalne i aromatyczne? Długo zachowujące świeżość, a mieszanki specjalnie skomponowane nie zawierałyby soli i chemii? Czy byłybyście w stanie zapłacić 5-6 zł za paczuszkę 2x większą od Kamisa czy Prymatu ze świadomością że kupujecie coś dobrego, zdrowego? Bo ja mam dwie takie przyprawy, czosnkowo-ziołową do masła (która świetnie nadaje się również do mięs) i czubricę pieczarkową. Każda z paczuszek miała po około 30g (Prymaty mają po 15g.) i mam je nadal choć używam ich dość często. Są ciągle świeże, pachną bardzo intensywnie. Co gdybym oprócz promowania i sprzedaży takich świeżych ziół prezentowała także przepisy i zdjęcia z pomysłów na potrawy które przyrządzam w domu?

Oczywiście zanim podejmę się takiego wyzwania i zamagazynuję w domu potężną ilość przypraw na sprzedaż, będę też musiała rozeznać rynek. I właśnie „no gluten” wkracza teraz do akcji. W kwestii samego glutenu jestem najgorszym laikiem wiem tylko że to jakieś roślinne białko które występuje w zbożach. I na tę moją wiedzę taki oto hit internetu!

 bazylia

Jak to bazylia bez glutenu? Bazylia nie jest zbożem, to skąd ma go mieć? Generalnie równie dobrze można by w CCC sprzedawać „Sandały damskie na koturnie bezglutenowe” i zaraz by się na to rzuciły osoby, które myślą że wiedzą wszystko o odżywianiu, a  gluten im szkodzi. Mi nie szkodzi. Ja się czuję fantastycznie po glutenie! Za dziecka chodziłam po wsi i zbierałam na wpół świeże nasiona pszenicy i wpierdzielałam na surowo. Nic mi nie jest, po glutenie czuję się fantastycznie! Rozumiem, że ktoś może mieć problem z jego spożywaniem, ale żeby cały świat namawiać do porzucenia glutenu? Mam wrażenie, że to jakaś cicha wojna wypowiedziana rolnikom żeby ich wygryźć z dotacji unijnych. Dodam, że ja się fatalnie czuję po jajkach. Myślę, że wszyscy powinniście zrezygnować z jajek. Te białko kurze źle działa na Wasz organizm, cerę i włosy. Niektórzy w podobny sposób piszą o laktozie namawiając ludzi na porzucenie nabiału. Serio?

Dodam pół żartem pół serio, że czasem czuję się też fantastycznie po glutaminianie sodu! Język aż szczypie jak się kupi w Albanii chipsy ichniejsze, gdzie jeszcze nie wparowała UE ze swoimi przepisami ograniczającymi stosowanie glutaminianu.

Ludzie nie dajmy się zwariować. Jak można powiedzieć, że zdrowe są odżywki białkowe, ale zniechęcać ludzi do spożywania nasion albo mleka? Ratunku. Trzeba jeść normalnie i wszystko. Życie polega na tym, żeby sprawiać sobie przyjemności, a nie tylko na pokonywaniu życiowych przeszkód i wyzwań. Chciałam pizzę? Zjadłam pizzę na mące z glutenem i laktozą w serze! I było mi z tym cudownie. Pewnie autorytetem nie jestem, bo ciągle jestem grubaską. Ale gdybym miała stosować się do tych zasad i zaleceń o jakich piszą fitneski – a one często bywają inspiracją, to pewnie bardzo szybko mój organizm by się poddał. Minął miesiąc bez wyrzeczeń, miesiąc 3-4 wizyt tygodniowo na siłowni, miesiąc ćwiczenia z wolnymi ciężarami. Miesiąc gdzie dziewczyna która nie umie podnieść pustej sztangi podnosi już sztangę +10 kg. Robię martwy ciąg, przysiady z obciążeniem, rozpiętki i masę innych ćwiczeń. A to dopiero początek…!

Z osób które czytuję, a która pisze najbardziej z sensem – polecam Wam wszystkim Martę Okuniewską, zwykle wesoły uśmiech wita na mojej twarzy jak czytam jej słowa.

P.S.

:* liczę że nie wywołam gównoburzy swoim swobodnym podejściem do glutenu i laktozy ;)

 
 

Kolejna spowiedź

13 sty

No cóż… silna wola nie jest moją mocną stroną. Aczkolwiek, wytrzymałabym bez grzechu gdyby nie sobotnia impreza. W dodatku po raz kolejny na własnej skórze odczułam, że zdrowe odżywianie nie lubi się z dużą ilością mocnego alkoholu jakim jest whisky. Tak więc w sobotę się ściaprałam, w niedzielę zdychałam. Ja jak zdycham to nigdy nie wymiotuję, ja mam zawsze gastrofazę. A wiecie że KFC dowozi do domu? No…Do tego wypiłam całą wodę mineralną jaką miałam w domu, karton soku multiwitaminowego, pół butelki coca-coli, a w końcu litra Fanty pomarańczowej. A na sam koniec, z osłabienia i lenistwa zrobiliśmy sobie z Nieślubnym Znajomym zupki chińskie. Jedyny plus w tym wszystkim jest taki, że między nami się trochę poprawiło. Za to moja waga postanowiła mi udowodnić, że w ten sposób nie osiągnę żadnego efektu z odchudzania. Więc wróciłam prawie na sam początek.

Na całe szczęście w tym miesiącu więcej imprez nie planuję. Postanowiłam też odciąć się od wszelkiego wychodzenia na miasto. Przynajmniej zaoszczędzę.

Z moim chodzeniem na siłownię jest tak, że jedyne dni kiedy jest to możliwe to: środa, piątek i niedziela. (przyczyną jest kurs angielskiego z UE, i niemiecki mojej koleżanki) To trzy dni w tygodniu intensywnego wysiłku więc nie ma źle. Ale w niedzielę umierałam więc nie byłam.

Natomiast zaczyna mi się składać do kupy idea Metody Równowagi Metabolicznej i to co napisała na swoim blogu Madzia w temacie spalania węgli, tłuszczy i odkładania się zła na naszych brzuchach i dupkach. Dlatego w MRM (tak będę w skrócie pisać) można jeść WSZYSTKO tylko w odpowiednich proporcjach. Dlatego są nawet McDonaldy i KFC – bo jak już musisz zapchać się tłuszczami to chociaż zapchaj się nimi w takiej ilości by Ci nie zaszkodziły. Moje nastawienie jest jeszcze bardziej pozytywne i zaczynam wierzyć, że to co pokazywali na seminarium na którym niegdyś byłam i w TV (bo w Dzień Dobry TVN albo w innym Pytaniu na Śniadanie była p. Anna z dziewczynami i chłopakami którzy schudli), potrzebuję tylko znaleźć w sobie siłę. Zresztą pocieszam się cicho, że ta waga nie tylko z powodu gorzałki wróciła prawie na sam początek, ale właśnie zaczęły mi się te trudne dni o których pisała Konstancja. Może jak wszystko minie i wytrzymam teraz w żywieniowej cnocie to wszystko ułoży się jak należy.

Zresztą… kiedyś już tu o tym pisałam i znów to do mnie wraca jak bumerang. Nawet jak raz zgrzeszysz tak jak ja zgrzeszyłam w sob to nie marnuj kolejnych dni na zaprzepaszczanie wszystkiego co osiągnęłaś tylko trzymaj się dalej planu który został wyznaczony. Ale ja w nd musiałam drugi dzień grzechu pociągnąć. :(

A wy jak? Podziwiam. Czytam Wasze wpisy, śledzę blogi i… mam wrażenie że tylko ja zaliczam porażki, a Wam świetnie idzie.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Marudzenie

 

Technicznie o blogowaniu

07 lis

Bloga nie prowadziłam od nastu lat. Kiedyś szło mi to całkiem dobrze, w sensie technicznym. Kodzenie, html, szablony, dodatki, grafikę robiłam sama… Ale tu i teraz mam po prostu problem z ogarnianiem. Zmieniłam szablon na inny – poszukując takiego, który pozwala na wyświetlanie menu z prawej strony. Chciałam tam wrzucić odnośniki do innych blogów. No i kombinuję, utworzyłam drugie menu – nigdzie się nie wyświetla, Menu 1 od razu wpada do paska nawigacyjnego pod obrazkiem. W końcu odkryłam, że skoro tagi wyświetlają się w tym miejscu gdzie chcę odnośniki to może znajdę to w wigetach. No i znalazłam odnośniki (kiedyś się wprost mówiło linki i nadawało temu tytuł „linkownia” :) ), a teraz widget odnośniki. No dobra, jest aktywny, miejsce menu po prawej, wybrana kategoria odnośników, wybrane jak się mają pojawiać i ile ma ich być. Zapisuję, odświeżam i nic. Nie wiem, może ja zaczynam być straszliwie oporna na te wszystkie nowości, albo coś tu po prostu nie działa jak należy.

Dlatego przygarnę wszelką pomoc, albo jakiegoś szablona co się bardziej nada na moje potrzeby. Tak, tak w linkowni chciałam wrzucić zasysacze do innych blogów na które trafiłam.

Niemniej wprowadzam kilka zmian – bo jak się zaczyna mieć trochę czytelników to trzeba zadbać o przejrzystość. Podzieliłam notki wg kategorii – stąd codziennik i marudzenie gdzie generalnie wylewam żółć która mi się zbiera. Ale są dwie najważniejsze kategorie wg mnie tj. O mnie oraz Sport gdzie możecie przeczytać trochę o tym jak to się zaczęło, że tu jestem teraz i że płaczę nad moimi 13 kilogramami nadwagi. Właściwie wczoraj po lekturze bloga Gruba Blondyna dochodzę do wniosku, że straszny ze mnie histeryk. Czym jest moje 13 kg w porównaniu z tym co osiągnęła ta dziewczyna? Powinnam wziąć się w garść i zacząć dbać o własne ciało, a nie jojczeć jak małe, rozkapryszone dziecko. W tych dwóch kategoriach przeczytać możecie jaka tak naprawdę byłam kiedyś, w czasach gdy wiatr zwiewał mnie z wiaduktu bo lekka byłam jak piórko. Myślałam, że problemy „grubasek” mnie nigdy nie będą dotyczyć. A tu los zagrał mi na nosie.

Czasem mi się tak marzy, że otyłość mogłaby być klątwą złej królowej, a wtedy True Love`s Kiss przywróci mnie do dawnej postaci, z Ogra w Księżniczkę. Szkoda, że tak nie jest…

Dziś w ogóle ubrawszy się do pracy zerknęłam na siebie w lustrze: WTF! Jak to jest, że patrzę i widzę całkiem normalnej postury dziewczynę. Ale wystarczy, że zobaczę własne odbicie w lustrze na siłowni, w przystanku autobusowym, albo gdzieś indziej… a już w sklepach z ciuchami zwłaszcza i widzę krępego potworka o nieproporcjonalnej, karykaturalnej budowie ciała, z wielkimi cyckami, odstającym wielkim brzuchem (na szerokość bo od cycków w dół jest krótki i nieproporcjonalny) i biodrami, szerokie uda i mega wąskie, chudziutkie łydki przez co wszystkie rurki są dla mnie jak normalne jeansy. :(

Więc chyba jak znajdę czas to wrzucę Wam dla porównania zdjęcie z lustra w domu.

„Lustereczko powiedz przecie, ile mam nadwagi jeszcze?”

P.S.

Wpiszcie się jeśli to czytacie, a jeszcze lepiej – wpiszcie jak tu trafiliście :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Codziennik