RSS
 

Notki z tagiem ‘mięsnie’

Piątkowe zwierzenia & Nocny Kochanek

20 maj

Ostatnio przechodziłam maluteńki kryzys w związku ze wzrostem wagi po ślubie siostry mojego lubego, a potem majówce. Nie będę nikomu oczu mydlić. Przyznaję: żarłam jak świnka, piłam piwsko i ogólnie rozlazłam się. Waga bynajmniej nie skoczyła jakoś gwałtownie do góry, ale ten kilogram-półtorej więcej trzymał się dłuższy czas i nie spadał. Teraz już rygorystycznie wróciliśmy do ćwiczeń, mam za sobą cały tydzień ostrego ćwiczenia, bez opieprzania się, bez uciekania od liczby serii czy powtórzeń i eureka, dziś waga ruszyła w dół. W ogóle Ci, którzy czytają mnie od dawna to pamiętają że ważyłam prawie 75 kilogramów, przy wzrośnie 167 cm. Wcale nie schudłam w kilogramach jakoś szalenie. Bo waga zeszła poniżej 68 kilogramów w najlepszym momencie (+/-2 kg rano po alko odwodnieniu), ale zeszczuplałam bardzo w rozmiarze ciuchów. W sumie 20 cm w pasie. Ostatnio zamówiłam te jeansy rozmiar 38 i okazały się być za duże. W sumie teraz mam tak naprawdę tylko jedne spodnie które są ok. Rozmiar 36 z Diversa. Kupione 2 albo 3 lata temu jak schudłam sporo na diecie 1000 kcal. (te sporo wróciło jak bumerang po pierwszych wakacjach gdy przestałam liczyć co żrę i piję) Luby cały czas mówi, że mam nic nie kupować, że jeszcze nie teraz. Bo tak naprawdę chciałabym jeszcze 8 kilogramów zrzucić. Tylko czemu to idzie na wadze tak wolno, a w obwodach szybciej? Czy to serio mięśnie i tak ich dużo? Po pomiarach na Tanita mam taki uraz, że nie chcę weryfikować tego co mi wyskoczy teraz. Może na koniec czerwca jak faktycznie teraz będę się pilnować ze wszystkim, a zwłaszcza z alkoholem.

Im więcej ruchu w życiu tym człowiek ma więcej radości. Jeszcze ciągle drzemie we mnie ten leniuszek, który myśli o tym by usadowić zadek na kanapie, odpalić telewizor i pożerać chipsy. Ale stawiam mu opór. Ostatnio znalazłam mega motywację. Wpadły mi w oko zdjęcia wyrzeźbionych, jędrnych tyłeczków. Też chcę taki. O jesssu ile bym dała, żeby moja pupa była taka twarda i stercząca. Więc męczę „bułgary”, siady i kilka innych ćwiczeń które mają ją uczynić seksowną. Patrzenie na to jaka mogę być jeśli się trochę wysilę daje naprawdę sporego kopa. A wczoraj na siłowni spotkaliśmy kolegę mojego lubego z LO. Akurat wyciskaliśmy sztangę na płaskiej. Ciężko 5×5 u mnie 30kg (licząc z gryfem). Kolega podchodzi, a to taka gaduła. Więc miele ozorem z lubym, a ja ciach na ławeczkę, sztanga w łapki i robię swoje. Wstaję. Kolega otwiera oczy szerzej i mówi: „nieźle trenujesz tą swoją dziewczynę” (aż mi się na usta cisnęło: PRZYSZŁĄ ŻONĘ), ale kolega po chwili dodaje widząc na każdej stronie jeden 5 kg talerz: „a ile ten gryf waży?”. Odpowiadam z dumą wypinając klatę: „dwajścia”. Kolegę zamurowało. Policzył talerze. „Oooo 30 kilo”. Narcyz we mnie zakwitł. A że było to pierwsze ciężkie ćwiczenie tego dnia, to przez następną godzinę miałam +100 do zaangażowania w trening.

Teraz muszę w każdym razie zacząć się pilnować jeśli chodzi o weekendy, piwo, grzeszki. Wiecie jak jest, jak za oknem zielono i słonecznie, a Ty mieszkasz rzut beretem od promenady parkowej gdzie grille i piwko na wyciągnięcie ręki, to bardzo trudno odnaleźć w sobie zalążek silnej woli. Ale muszę. Czas się wziąć za siebie. Może za rok Runmageddon?

Część z Was pisze, że podziwia nas za to gotowanie na cały tydzień itd. Ale powiem Wam, że to wchodzi w krew zupełnie tak jak praca. Teraz jeszcze z wygody zamawiamy towar w e-Tesco. Więc już koło środy zaczynamy „budować” koszyk zakupów. Zastanawiamy się co byśmy zjedli. Jakie posiłki, co na pierwsze i drugie śniadanie (bo luby też się przestawił na białkowo-tłuszczowe) – wrzucamy do koszyka. I daje nam to jeszcze jedną rzecz: oszczędność. Zwykle jak jechaliśmy na zakupy całotygodniowe to do koszyka wpadały też niekoniecznie zaplanowane rzeczy. Wychodziliśmy z zakupami na 300 zł a czasem i więcej. Koszyk na niedzielną dostawę zamyka się poniżej 200 zł i to z kosztem dostawy.

Ślub. Bo o tym wspomniałam notkę wcześniej. 764 dni do zmiany stanu panieńskiego. Kupa czasu. A ja już mam takie ADHD że planuję rozsadzenie ludzi przy stolikach. Głupia. Spać nie mogę, obmyślam wystrój sali, dodatki. Trochę za wcześnie się za to zabraliśmy, ale strach przed tym, że terminy uciekną mi sprzed nosa, sprawił że nie czekaliśmy. Ba! Mamy póki co termin Sali, ale w kościele jeszcze nie byliśmy. Moja mama też jest podekscytowana, chociaż ja już prawie 9 lat mieszkam sama. W ogóle mam 30 lat w tym roku i bynajmniej nie jestem dzieckiem. Ale fajnie, to dla mnie też duża radość, że ona się tak cieszy, że już myśli o tym jak dużo sukienek będę mogła przymierzyć bo tak ostro ćwiczymy i tak wyszczuplałam. Mega motywacja. Kolejna. A tym ślubem i weselem paru osobom muszę utrzeć nosa.

No nic, to tyle przed weekendem. Piątek. Piąteczk. Piatunio. Dla wszystkich którzy odliczają czas od weekendu do weekendu, zachęcam do posłuchania:

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Codziennik, O mnie, Sport

 

Odrobina motywacji nie od fitneski, a od zwykłego szaraczka :)

30 lis

Dziś będzie bardzo pozytywny wpis. Chciałabym się z Wami podzielić swoim efektem… z góry przepraszam tych którym nie podoba się świecenie tyłkiem w internecie, i którzy będą zniesmaczeni faktem że pcham przed obiektyw swoją grubą dupę. Nie wiem czy śledzicie jakieś Fitneski, trenerki i sportowców na fejsbuku. Ja ostatnio mam ich coraz więcej. Część współpracuje z ludźmi online udzielając wskazówek jak jeść, co ćwiczyć, a później chwalą się postępami swoich podopiecznych. Fajnie, uważam że to bardzo pozytywne, niestety w większości przypadków są to całkiem szczupłe i zgrabne dziewczyny, które jedynie chcą mieć lepszą sylwetkę, nie walczą z otyłością i nadwagą. Myślę, że przyczyna leży w dwóch kwestiach: a) grubaski się nie zgłaszają, bo się wstydzą że wylądują na fejsiku oraz b) grubaski które się zgłosiły bardzo szybko poddały się i przestały walczyć. Zdrowe odchudzanie to nie jest utrata 1 kilograma tygodniowo jak na restrykcyjnych dietach, po których tylko czekamy na efekt jojo. Mój luby twierdzi, że jeśli miesięcznie będę gubić 1-1,5 kilograma to będzie to ładny wynik. Zdrowy, naturalny i za którym idzie zmiana sylwetki, mięśnie a nie tylko utrata tłuszczu i wody. Ale to może demotywywać, wierzcie mi. Parę razy już płakałam na siłowni, gdy kolejny raz moja waga miała wahania i było źle. Traciłam motywację, zapał i miałam ochotę rzucić to wszystko w piździec. Teraz coraz bardziej zaczyna mi się  podobać wizja mnie wysportowanej, umięśnionej, choć mój przyjaciel zaprotestował że z mięśniami nie będę kobieca i jak to tak. Ale będę. Kilka dziewczyn śledzę na bieżąco, wiem że takiej sylwetki nie uzyskam jak one, bo to lata pracy i wyrzeczeń na które wg mnie życie jest za krótkie, ale będę dążyć. Podobają mi się, są seksi. Nawet przestałam się martwić tym, że przy mojej posturze bardzo szybko znajdę się w gronie #udżilli – czyli kobiet, które prócz #zdrowadupa mają też ogromne „czwórki”.

Generalnie od września, od powrotu z wakacji nie opuściłam ani jednego treningu (nie licząc dosłownie 5 dni kiedy rozłożyło mnie okrutne przeziębienie). Jem zdrowo, ale w weekend pozwalam sobie na grzechy. I z tego względu muszę chyba nieco wyregulować swój plan posiłków i ilość kcal jakie spożywam, bo czasem przy bardziej intensywnym weekendzie nie mam spadku wagi. Po prostu całotygodniowy bilans kcal wychodzi mi na zero. Dlatego zrezygnowałam już zupełnie z masła na tym moim low carb i z porannej dawki węglowodanów w postaci pieczywa. Od teraz na śniadanie spożywam 3 kromki chleba chrupkiego. Mają razem około 70 kcal czyli tyle ile jedna kromka chleba. Reszta posiłków bez zmian, ale żeby nie kusiło mnie jedzenie chleba na kolację to również przygotowujemy gotowe pojemniki z kolacjami. Od przyszłego tygodnia luby chce abyśmy 1 dzień tygodniowo robili czysto węglowy – odpuszczając wszelkie tłuszcze, a uzupełniając zapas energii węglami. To będzie ciekawe doświadczenie, wymusi inne spojrzenie na planowanie #mealprepsunday. Ale myślę, że podołamy :) a zawsze to fajniej móc zjeść makaron choć raz w tygodniu.

Najtrudniej mam z drugim śniadaniem, teraz biorę kabanosy i marchewkę i miks orzechów, ale prawda jest taka, że to też kalorie, za dużo kalorii. Będę musiała zamienić to na kanapki z chrupkiego pieczywa, które będę komponować w pracy. Jak już kiedyś pisałam, za nic w świecie nie zjem owoców – a już zwłaszcza zimą. Trzepie mną na samą myśl o tryskającym soku z zimnej pomarańczy. Choć sam zapach uwielbiam to myśl o zjedzeniu owocu, sprawia że nie chce mi się… szkoda, że jajko tak śmierdzi – brałabym pasty i omlety do pracy.

Dlaczego motywacja? Dlaczego szaraczki? Kiedyś pisałam, że zauważyłam iż znika mi cellulit, że moja pupa się uniosła sama z siebie – znaczy no, sama z pomocą mięśnia pośladkowego wielkiego, ale że to widać, że to cieszy! Dlatego wrzucę Wam zdjęcia – co może się zacząć dziać z Waszym ciałem jak przestaniecie myśleć o odchudzaniu i ćwiczeniach jako o nudnym i męczącym kardio. Takie machanie ciężarkami jest czasochłonne, ale daje też przerwę na odpoczynek. Jednocześnie nie nudzi się tak szybko, można machać, ćwiczyć i wyciskać i nawet nie wiem kiedy zlatują mi prawie 2 godziny! Rly! Wpadamy na siłownię 17:15, wychodzimy po 19. Ja już się przekonałam.

A teraz fotki:

12279067_954264664619445_1243504160418987187_n 12075072_954264224619489_3997626650017894908_n

 

Wiem, że nadal jestem gruba – to nie o to chodzi, że chcę Wam pokazać że nagle po 3 miesiącach jestem chuda i seksowna. Bo tak nie jest. Chodzi o to, że ćwiczenia zmieniają naszą sylwetkę, poprawiają kształty. A ostatnio już prawie mi się udało wykonać poprawnie siad ze sztangą. Nie bójcie się spróbować, nawet jak na początku będzie ciężko i źle. Ja ja pierwszy raz wzięłam hantle do łapek to mi latały nieskoordynowanie każda w inną stronę. A ostatnio wyciskałam na barki hantle po 8kg! Jeszcze trzy miesiące temu jakby mi ktoś powiedział, że je podniosę i będę nimi robić 4 ciężkie serie to bym spojrzała jak na wariata. A teraz nie mogę doczekać się kolejnego progresu. A już w niedługiej przyszłości wyciskać będę sztangę z dwoma 5kg talerzami – też sobie tego nie wyobrażałam kiedyś. Ćwiczenia siłowe są naprawdę fajne. Nie chcesz chodzić na siłownię? Możesz je robić w domu.

Aaaa od dziś dołożyłam sobie jeszcze jeden wysiłek fizyczny 20-30 minut rano po przebudzeniu na brzuch i pupę. Kazałam lubemu kupić matę i dziś ćwiczyłam pierwszy raz. Brzuch i pupę czuję nawet teraz siedząc w pracy. Ale to fajne uczucie. Trzeba, trzeba, trzeba. Jak w sobotę spotkałam się ze znajomymi to wszyscy byli zdziwieni efektami (długo nie umieliśmy się zgadać na jakieś spotkanie, także z dwójką już się nie widziałam dwa miesiące, z jednym mniej bo odwiedzałam czasem). Tak. 13 cm w pasie mniej. Tak, lepsza sylwetka. Tak, jędrniejszy biust który też trochę zmalał. I na hasło „wszyscy czekają na efekt jojo” uśmiecham się przebiegle – tym razem zmieniam nie tylko swoją wagę, ale i całą siebie. Nie poddam się i nie będzie efektu jojo.

Życzę Wam wszystkim tyle radości i siły!

:*

 

Tanita – taka tania dziwka.

19 wrz

I bynajmniej nie o burdelu będzie dzisiaj, a o piekielnym rozczarowaniu. Dziś na siłownię pojechaliśmy w południe, umówieni ze znajomym który również się na nią zapisał. Chcieliśmy mu pokazać jak ćwiczymy i dlaczego nie robimy tylko kardio. Ponieważ znajomi mają pewną domenę – spóźnialistwo (każdy z nas ma przynajmniej kilku takich) to w oczekiwaniu na jego przybycie postanowiłam się zważyć. Na Tanicie ważyłam się też w listopadzie gdy po raz pierwszy poszłam na tę siłownię. Czyli niecały rok temu. Rok wielkich wzlotów, płonnych nadziei i bolesnych upadków. Ale jak wiecie od lipca trenujemy ostro, kilka razy w tygodniu, bez marudzenia i płaczu. Wiadomo, były imprezy, były wakacje ale moja waga spadła, jestem silniejsza, robię ćwiczenia jakich wcześniej nie byłam w stanie. Już nawet opanowałam hantle i nie latają mi każdy w inną stronę gdy robię jakieś ćwiczenie. Jakież było moje rozczarowanie gdy wydruk z Tanity wyszedł gorszy od tego listopadowego!

Waga 70,3 kg (w tym 0,5 kg to ciuchy) – trochę za wysoka względem tego co pokazała moja domowa waga, ale kto wie – może po śniadaniu tak mnie przeciążyło. Ale dalsze zapiski były jeszcze smutniejsze, od wieku metabolicznego, po masę mięśniową. Wszystko gorsze od poprzedniego wyniku. Jak to jest możliwe? No więc trochę się wkurzyłam. Zła jestem na siebie bo niepotrzebnie na tą wagę wchodziłam tak między Bogiem, a prawdą. Nie był mi ten pomiar potrzebny do niczego. Jeszcze nie teraz. Chciałam dopiero w grudniu, właściwie na koniec roku. Te wagi są po prostu beznadziejne. One to jakoś procentowo liczą, albo jakiś stosunek do wieku. Bo w końcu siłą rzeczy jestem rok starsza niż byłam w listopadzie 2014 r.

Ale trening i tak był dobry. Robiliśmy klatę, więc dumna z siebie wyciskałam sztangę z talerzami 1,25 i robiłam to bez zająknięcia. Ale trenerka i tak zasugerowała, że powinnam robić 40 minut kardio po każdym treningu. Kurde, znów tyle czasu? Jeśli ćwiczymy półtorej godziny, a ja mam jeszcze zrobić 40 minut kardio potem? No nic, będę próbować. Musi się dać, muszę wyjść ze swojej strefy komfortu.

Trzymajcie kciuki! :*

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, O mnie, Sport