RSS
 

Notki z tagiem ‘gluten’

Nie daj się stłamsić!

03 cze

Im więcej czytam w internecie blogów, poradników i artykułów tym coraz bardziej czuję się zmęczona dietetyczną modą i zaprzeczającymi sobie informacjami o odżywianiu. Ludzie z fit-świata popadają w skrajności, których nie rozumiem. Odmawiają sobie wszystkiego wmawiając jednocześnie całemu światu, że to trucizna od której umrzemy, ale zanim to nastąpi nasze ciało osiągnie rozmiary słonia, a skóra będzie brzydka jak łuski krokodyla. Serio? Rozejrzyjcie się wokół siebie. Spójrzcie na ludzi na plaży. W parku, na spacerze. Jak duża część z nich wygląda tak jakbyście tego chcieli wy? Bo ja widuję takie osoby często. Jedzą popcorn w kinie, piją colę czy piwo. Zjadają pszenną bułkę z masłem na śniadanie i nie umierają. Najpierw zakwaszenie, potem gluten, do tego doszły choroby autoimmunologiczne i generalnie gdzie nie czytam tam widzę że ktoś ma hashi, ktoś IO, jeszcze ktoś zespół policystycznych jajników no i wszyscy są na specjalistycznej, czystej diecie. Czekolada Milka – zabija. Mleko UHT – zabija. Ser żółty – nabiał – zabija! Kupisz szynkę w sklepie – trująca! Płatki czekoladowe Nesquik – śmietelne! Tylko ja nie widziałam, żeby umieralni od tego ludzie którzy żywią się tym na co dzień i mieszkają na moim osiedlu, pracują ze mną itd. Więc jeśli ja raz na jakiś czas zjem coś takiego, to nie umrę. Nie pokryją mojej skóry potworne liszaje i nie wypadną mi włosy w jedną noc. Nie umiem zrozumieć ludzi, którzy naprawdę przeginają w tą drugą stronę. Ludzi którzy za wszelką cenę będą chcieli Ciebie i siebie nawracać, twierdząc że śmiertelny cios zada Ci kawałek sernika z prawdziwym serem upieczony przez babcię z normalnej mąki jaką zwykliśmy jadać jeszcze kilka lat temu.

Czasem myślę, że to jakaś nowa forma sekty religijnej. Teraz jak nie jesz glutenu to robisz z niego jądro zła, nieszczęścia i krzywdy. Nawracasz świat. A pewnie jeszcze rok temu nie wiedziałeś, że gluten istnieje. Ostatnio miałam ochotę na pieczywo – chociaż z zasady jem śniadania białkowo-tłuszczowe. Co zrobiłam? Poszłam do piekarni, kupiłam jeszcze ciepłą bułeczkę z wiejską kiełbaską i pomidorem. I nic mi nie jest. Ta bułka z glutenem mnie nie ukatrupiła. Aaaa równie trująca jak gluten jest laktoza i wszelki nabiał. Moda na jogurty naturalne i kefiry odchodzi do lamusa.

Zawsze mnie zastanawia jak wygląda życie rodzinne i towarzyskie takich osób. Nie pojdziecie ze znajomymi do knajpy, no chyba że na wodę mineralną. Co jecie na imprezach rodzinnych? Albo hitem była dla mnie osoba, która kupiła sobie wakacje all inclusive – ale nie chciała jeść tego co tam serwowali. Rly?

Tak czy inaczej, w dalszym ciągu jestem zdania, że ważne jest to ile się je. Dla osoby która nie rozumie swojego organizmu liczenie kalorii to najważniejsza rzecz. Kiedy w ostatnim czasie jadłam i piłam dużo za dużo, to parę kg wróciło. Aktualnie w dni robocze staram się trzymać kalorie dosyć nisko +/- 1200. Dlatego, że wiem iż w weekend nie odmówię sobie piwka czy ziemniaków albo z grilla zjem jedną kiełbasę więcej. Bilans tygodniowy musi się zgadzać. A czy te 1200 kcal to mało? NIE!

Śniadanie: 3 jajka w dowolnej formie, 90g kiełbasy dobrej jakości + świeże warzywa. Tworzę z tego co chcę. Jestem najedzona rano, w pracy wpijam kawę i tak naprawdę dopiero po 11 przypominam sobie, że może już czas na drugie śniadanie?

II śniadanie: ostatnio ciepło na dworze, a że owoców nie lubię i nie ufam fruktozie, to wcinam warzywa: kolorowe papryki, ogórek zielony, rzodkiewka, marchewka. Cały pojemniczek 600 ml wypełniony po brzegi. Chrupię je sobie przy kompie w pracy.

Obiad: jem w pracy. W tym tyg. w ramach #mealprepsunday pierś z indyka z sosem pieczarkowym (pieczarki + 30% śmietanka) i do tego młoda kapusta duszona z boczkiem. Czasem dorzucam trochę świeżych warzyw albo gotową surówkę szwedzką.

Kolacja: ugotowaliśmy wielki gar zupy ogórkowej na 6 udkach z kurczaka. Mięso całe obraliśmy do zupy. Do niej trochę ryżu. Jestem najedzona i kalorii jest 1200. Waga spada mocno. Wracam na właściwe tory.

Ale jak ktoś nie radzi sobie z liczeniem kcal, planowaniem posiłków itd. to w dalszym ciągu będę polecać Metodę Równowagi Metabolicznej gdzie jedzenie jest podzielone na takie porcje, że bez problemu da się trzymać kcal nawet jeśli się zje kawałek pizzy dziennie. A te nagrody w postaci małego co nieco pomagają i motywują.

Trzeba czerpać radość z życia, nie robiąc z siebie więziennej ofiary trzymanej kajdanami no gluten, laktoza free i bóg wie czego jeszcze. Powiem Wam tak: wcześniej, 3-4 lata temu nikt z Was o tym nie słyszał. Pojawiło się nagle? Nagle zaczęło być szkodliwe? Tak jak za komuny rakotwórcze pomidory. Głowa do góry, nie musicie z niczego rezygnować. Ja nie rezygnuję – tak mówię popijając kawę z kapsułki z mlekiem UHT prosto ze sklepowego kartonu! :)

 
Komentarze (26)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie

 

Zalecenia żywieniowa i dietetyczna „moda” – niczym huśtawka.

18 lut

Im człowiek więcej poświęca uwagi artykułom i poradom o żywieniu tym większy mętlik pojawia się w głowie, a że część ich jeszcze bywa sprzeczna ze sobą to się w tym gubi. Jaka recepta na sukces? Słuchać własnego ciała!U mnie wszystko pod kontrolą,  waga spada, siła na treningi jest. Wody mniej. Ostatnio patrzę na siebie w lustrze i buzia mi się śmieje. Serio? To ja jestem? Te ramiona, ta talia? Wreszcie mam wcięcie! No i gdzie mój sławny, ciążowy brzuch?! :) Jeszcze trochę i może powinnam zacząć rozmyślać nad zmianą domeny bloga, bo będzie nieaktualna. Generalnie zostało mi jakieś 5-6 kilogramów do celu. Niewiele. Niektórzy by pewnie zrzucili to w trzy tygodnie siląc się na pełne wyrzeczeń głodówki. Ale to nie jest rozwiązanie. Albo inaczej: jest, ale krótkotrwałe. Chwilowe i ulotne. Ten kto czytał wcześniej moje przygody, wojny samej z sobą i wiele zmagań z dietami cud, ten wie że jest to proces pełen upadków, depresji i załamań, które nie pomagają. Musiałam znaleźć wiele siły w sobie by powiedzieć to wreszcie na głos: nie akceptuję się taką jaką jestem. Wstydzę się siebie. Nie chcę taka być. Złość i zgorzkniałość, zazdrość i zawiść zaczynały tak często ujawniać się w moich słowach i działaniach, że zaczęłam źle się czuć nawet z własnym charakterem. Taka już domena wielu ludzi: kompleksy kryjemy za maską agresji.

Czara goryczy się przelała, popłynęły łzy i wiele szczerych, naprawdę prawdziwych słów o mnie samej, które usłyszał człowiek, który spędził ze mną prawie 1/3 mojego życia. To przecież kawał czasu. A chciałabym z nim być do końca, na zawsze. To on obiecał mnie wspierać i pomóc w tym co wydawało mi się najtrudniejsze, a zarazem najbardziej koniecznie bym zaczęła zmieniać siebie: siłownia, treningi, sport, ruch. To on kazał porzucić w kąt nudne bieżnie, orbitreki i rowerki na koszt treningu siłowego. Nie żałuję, że uświadomił mi że nawet jak będę trenować systematycznie i ciężko, to nie zamienię się w Rockiego czy Szwarcenegera. Jestem z siebie dumna, że nie uciekłam z płaczem gdy okazało się, że nie tylko nie umiem wykonać poprawnie ćwiczeń, ale też nie potrafię zrozumieć dlaczego moje ciało robi inaczej niż ja bym chciała by robiło i niż tłumaczy mi luby. A uwierzcie mi, że kłaczek zakompleksienia, wstydu i strachu przed tym, że robię źle i nie umiem na oczach innych osób na siłowni, był tak wielki, że kilka razy łzy miałam na końcu nosa, albo chowałam się w najciemniejszym kącie z nadzieją że ten czas treningowy przeleci. Nigdy nie lubiłam półtorej godzinnych treningów kardio. Bieganie mi i tak nie szło, kondycja za słaba. A poza tym to jest tak kurewsko nudne, że człowiek mógłby z tych nudów umrzeć. Dziś wyciskam sztangę, robię siady, martwy ciąg i inne ćwiczenia, które kiedyś brzmiały jak czarna magia. Macham hantlami, po siłowni biegam z zeszytem, notuję progres i skupiam się na pracy mięśni. Teraz, po tych prawie 6 miesiącach zaczynam naprawdę czuć który mięsień pracuje. Nie było to łatwe. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że ludzie wymiękają, odpuszczają, łapią doła. Nie robię tego jednak z radością, że kocham ćwiczyć – do tego może potrzebuję następnego roku, dwóch, pięciu – robię to bo widzę efekty, efekty cieszą bo już się nie ograniczam restrykcyjnymi dietami żeby schudnąć.

Jedzenie, a właściwie zdrowa dieta to 70% tego jak wyglądasz. A że próbowałam różnych sposobów, od dukanów, 3D chilli po wszelkie inne pomysły na to jak jeść by schudnąć, to trochę już o tym wiem. Informacji jest bardzo wiele, bardzo wiele sprzecznych. Jedni mówią, że śniadanie obowiązkowo należy zjeść najpóźniej do godziny po przebudzeniu, inni że po przebudzeniu poziom kortyzolu jest tak wysoki, że żeby rosły mięśnie i aby spalać tłuszcz należy zjeść śniadanie najwcześniej godzinę po przebudzeniu. (ja żeby wypośrodkowa jem dokładnie godzinę po przebudzeniu – na wszelki wypadek, bo nadal nie wiem która wersja jest właściwa) Jedni mówią, że woda z cytryną jest niezbędnym napojem z rana, inni że woda z cytryną podnosi poziom insuliny we krwi. Są ludzie którzy zalecają jeść posiłki o regularnych porach i nie rzadziej niż co 3-4 godziny, a są tacy co wskazują na efektywne zjedzenie solidnego śniadania i nie jedzenie przez 7-8 godzin. Niektórzy na siłę wciskają w siebie ciemne pieczywo, owsianki i płatki, inni mówią: jedz jajka, jedz śniadania białkowo-tłuszczowe. Jedni mówią: licz kalorie, inni że nie powinno się być niewolnikiem cyferek. Mówią ludzie, że żeby schudnąć, trzeba jeść. Mimo to wiele pań szykujących się na występy sylwetkowe robi kardio 2×7 dni w tygodniu i obcina jedzenie do 800 kcal. Jedni mówią, że tłuszcz należy obcinać bo od niego chudniemy, inni że tłuszczu nie należy się bać.

Zwykły Kowalski miałby problem to wszystko pojąć, usystematyzować i wprowadzić do własnego menu. I wcale mnie to nie dziwi, ja sama miałam z tym problem. Moja recepta pewnie nie dla wszystkich okaże się pomocna, ale im bardziej zagłębiałam się w temat i im więcej słuchałam co mój luby ma do powiedzenia w sprawach żywieniowych tym bardziej przekonywałam się do tego, że liczenie kalorii nie koniecznie jest więzieniem i ograniczaniem siebie, tylko sposobem na zrozumienie co mówi Twoje ciało. Systematyczne notowanie nawet grzechów popełnianych w weekendy i pod wpływem % ,  codzienne ważenie się i notowanie zmian sprawiło, że zaczęłam wreszcie namacalnie zauważać jaki sposób jedzenia i jedzenie czego sprzyja założonym celom. Aktualnie rzuciłam węglowodany na pierwsze dwa posiłki. Jem jajka, kiełbasy, sery. Dwa dni w tygodniu poniedziałek i wtorek – jako że występują zaraz po weekendzie kiedy zdarza mi się zgrzeszyć, robię całkowicie bez węgli również na pozostałe posiłki (z wyjątkiem węgli pochodzących od warzyw). Wtedy mam najsilniejszy spadek wagi. W pozostałe dni węglowodany w ilości 50g produktów sypkich (kasza/ryż/makaron) lub 200g surowych ziemniaków – dodaję do jednego, max dwóch posiłków. Liczę kalorie, tzn. notuję wszystko i wychodzi mi 1300-1400 w te dni bezwęglowe i do 1700-1800 w dni węglowe. Nie jestem głodna, jem to co lubię. Jem biały makaron z glutenem, ziemniaki, śmietanę, sery czy kiełbasy. Nie patrzę na to ile zawierają tłuszczu. Chudnę. Zmienia mi się sylwetka. Czuję się lepiej. Wraca mi pewność siebie.

Każdy kto chce zmienić swoje nawyki, a jego motorem napędowym jest chęć zrzucenia wagi, powinien zacząć obserwować swoje ciało. Sprawdzić jakie ma „teoretycznie” zapotrzebowanie kaloryczne i tydzień po tygodniu weryfikować co się z jego ciałem dzieje. Wiadomo, że należy sprawdzać skład i kupować lepszej jakości produkty, ale nie należy popadać w skrajność i biadolić nad pustym portfelem, że się nie ma 40 zł na eko piersi z kurczaka. Mój luby w jednej kwestii ma rację: bilans kaloryczny to podstawa do zrzucenia zbędnych kilogramów. Jak będziesz dostarczać mniej energii niż spożywasz, to rezerwy tłuszczowe pójdą wek. To oczywiście oznacza, że w granicach deficytu kalorycznego można by się z czystym sumieniem stołować w McDonaldzie i chudnąć. Co zresztą już jakiś nauczyciel udowodnił. Tyle że on był płci męskiej. Wiecie czemu mężczyźni nie mają cellulitu? Bo jest brzydki. Dlatego z punktu widzenia nie tyle kalorii i wagi, ale zdrowia włosów, ciała, paznokci, skóry, oczu i naszych bebechów ważne jest to by jednak weryfikować to co jemy i jak jemy. Dla mnie spoglądanie na etykietę to już jest podstawa zakupów cotygodniowych – nowe produkty wybieram tylko pod kątem ich składu. Ale nie oznacza to, że kupuję wszystko na działach eko i przepłacam. Wręcz przeciwnie, wybieram z tych produktów na które mnie stać i które uważam, że nie są marketingowym sposobem na naciąganie ludzi – tu pamiętna gluten-free bazylia suszona. Generalnie moja rada dla wszystkich odchudzających się jest prosta: chcesz zjeść białą bułkę z pasztetem? Zjedz! I ciesz się tym, że jesz coś pysznego. Tylko nie jedz jej 5 dziennie, przez 7 dni w tygodniu. Nie smakują Ci „super-hiper-dietetyczne” chipsy z jabłka czy buraka, ani wafle ryżowe (ja też już nimi rzygam) – zjedz normalne chipsy. To Ty zdecydujesz czy wybierzesz Lays prosto z pieca, czy full tłuszczowe zwykłe Lays. Tylko słuchaj swojego ciała, nie wracaj do rutyny w niezdrowym jedzeniu. U mnie Lays prosto z pieca leżą w szafce w kuchni, czekają na dzień kiedy najdzie mnie na nie smak i zamierzam je zjeść bez skrupułów. Nie wierzysz mi? Widzisz ten tłuszcz, olej, jajka i sery i kiełbasy które jem i myślisz sobie: pewnie kłamie, ściemnia, albo zaraz jej te kilogramy wrócą. Nie dziwię Ci się. To siedzi w głowie. Strach przed tym by uwierzyć, że możesz zjeść jajecznicę na maśle albo sadzone z bekonem siedzi w Twojej głowie. Tłuszcz jest zły, od tłuszczu tyjesz – taką mantrę szepczą szare komórki. Jesz 1800 kalorii dziennie? Jak chcesz schudnąć?! Trzeba jeść 1000 nie więcej. – kolejna mantra. Trzeba zwalczyć te błędne przeświadczenia, trzeba przestać się bać, że każda jedna kaloria będzie zabójcza. Organizm każdego z nas inaczej pracuje, inne ma zapotrzebowanie na energię, każdy z nas inaczej ćwiczy. Może się okazać, że Ty możesz jeść nawet 2200 kcal i będziesz chudnąć. Tak wiem. Ktoś nagle powie: ale ja jem przecież tak mało. Nie mógłbym jeść tyle ile Ty, bo pęknę. Nie jem tyle. Mój znajomy też tak mówi. Jeśli ktoś z Was tyje, mimo że je mało, a przynajmniej tak mu się wydaje – niech weźmie fatsecret albo inny kalkulator kalorii. Bez kłamstw i oszukiwań policzcie swój cały tydzień. Myślę, że wynik może bardzo zaskoczyć.

Czuję się mądrzejsza i pewniejsza w tym co mówię, robię i jak jem. Przekonałam się na samej sobie.

Buziaki! :*

 

Eat clean & no gluten

06 sie

Dzisiaj będzie trochę nudno i pewnie przydługaśnie, ale z napisaniem notki na temat żywienia biję się już od pewnego czasu. Chyba od momentu gdy zaczęłam dokładniej śledzić fejsy i blogi Fitnesek i czytać na temat dietetycznych posiłków na śniadanie/obiad/kolację. Ostatecznie zdecydowałam się, bo wczoraj podczas treningu dostrzegłam dziewczynę z łapami do pozazdroszczenia, w koszulce z pięknym napisem: „Eat clean train dity”. Ohh! Pierwsza moja myśl była TEŻ CHCĘ TAKĄ! JUŻ! NATYCHMIAST! A potem troszkę zmieniłam zdanie, hasło podoba mi się nadal ale z przodu tej koszulki dziewczę miało reklamę sklepu z odżywkami. Nie wiem jak „eat clean” (w domyśle zdrowa, czysta, nieprzetworzona żywność) ma się do sproszkowanych odżywek białkowych ze sztucznie wygenerowanym aromatem wanilii, czekolady albo orzechów czy pistacji, ale sorry… to chemia i przetworzone żarcie w takim stopniu, że mnie mdli na sam widok tego proszku. Kilka puszek mam w domu, bo mój Nieślubny Znajomy niegdyś zajadał się wszystkim. Niedawno mi tłumaczył, że część z tego w ogóle nie działa i sprzedawanie tego czy zachęcanie przez trenerów to zwykły shit, nie pamiętam które to były substancje bo jest tego cała masa, inna sprawa że wszędzie zalecają znacznie większą dawkę niż to rzeczywiście jest wymagane. Ale na tym się nie znam. Z czym mi się kojarzą sproszkowane białko o słodkim smaku? Ze słodkim żarciem! Bleeeh! Czytając masę przepisów tej czy tamtej osoby można zauważyć że wszędzie warto dodać sproszkowane coś-tam. Generalnie zamiast zjeść jogurt waniliowy lepiej dowalić sproszkowanego, czystego białka. Rozumiem, że ta zasada dotyczy zwłaszcza tych, które/którzy chcą robić sylwetkę na pokaz, ale czemu tymi odżywkami są zasypywani we wszystkich propozycjach biedni szarzy ludzie?

Większość blogów czy profili na fejsie które czytałam, to kobiety deklarujące bycie mięsożercą. W ogóle dla nich krowa i bekon to najwspanialsze żarcie. Ale miliard pięćset sto dziewięćset wpisów to oczywiście ciasta, ciasteczka, babeczki, batoniki, serniczki, galaretki, budynie… zaraz się porzygam. Serio? Czemu nikt nie pisze przepisów na wołowinę, wieprzowinę, schab, mielone, kurczaka… Aaa! Bo wszystkie „trzymają michę” czyli żrą ryż + warzywa + chude białko – kurczak, indyk, ryby. W tych samych przyprawach, tak samo nudnie. Mój luby miał rację – żeby jeść coś takiego tyle czasu trzeba mieć naprawdę mocną psychikę. Ja nie mam. Dlatego moje jedzenie zostało w znacznej części pozbawione węglowodanów i wcale nie żałuję, czuję się bez nich mniej ospała i mniej ociężała. Węgle jem na śniadanie w formie pieczywa i w formie płatków na drugie śniadanie. I przestałam zapychać się suchymi owsianymi płatkami bez niczego, kupuję dowolną mieszankę musli czy crunchy, a czasem nawet miodowe kółeczka (produkt Auchan, smakują identycznie jak Cziriosy a są dużo tańsze). A jak mam głód i potrzebę to i na obiad bądź kolację zjem ziemniaka czy jakiś ryż/makaron. Ale zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Za to nie odmawiam sobie tłuszczy np. w postaci żółtego sera. Jak już robimy burgery bez bułki i sałatkę to chociaż z przepysznym chedarem do tego! Jak leczo to z chudą wołowiną i odrobiną tłustej kiełbasy, ale takiej która w składzie ma powyżej 85% mięsa. Jestem mięsożercą i czuję się świetnie jedząc mięso. Mogę wyrzec się wszelkich słodyczy, dla mnie mogą one nie istnieć.

Czasem człowiek tak ma, że budzi się i czuje przypływ genialnego pomysłu! Ja też tak miałam dwa dni temu i nadal jeszcze jestem w euforii tego na co wpadłam. Być może niedługo poznacie mnie z trochę innej strony, mam taką nadzieję – może nawet odmienię nieco Waszą kuchnię. Natchnęła mnie tym autorka jednej ze stron na fejsie, ale nie związanych ze sportem czy fitnessem. Chodzi o przyprawy. Wchodzicie do sklepu czy innego markietu i co? Kamis, Prymat + produkt lokalny markietu. I tyle. A jak chcecie kupić wodę mineralną to trudno wśród niebieskich i zielonych etykietek odnaleźć tę jedną, bo firm i marek jest tak wiele. O ile w zwykłych ziołach pewnie nie trzeba się doszukiwać jakichś istotnych spraw (choć niedługo wspomnę dlaczego w temacie wisi „no gluten”) o tyle gotowe mieszanki przypraw to już trzeba wybierać ostrożnie. Większość z nich zawiera dużą ilość soli, która stanowi jeden z ważniejszych składników. A np. przyprawa do skrzydełek Kentucky kosztuje 1,79 zł i na kg skrzydełek (które kosztują 4 zł) należy zużyć całe jej opakowanie wg producenta! A co gdyby były przyprawy bardziej wydajne? Trochę droższe, ale naturalne i aromatyczne? Długo zachowujące świeżość, a mieszanki specjalnie skomponowane nie zawierałyby soli i chemii? Czy byłybyście w stanie zapłacić 5-6 zł za paczuszkę 2x większą od Kamisa czy Prymatu ze świadomością że kupujecie coś dobrego, zdrowego? Bo ja mam dwie takie przyprawy, czosnkowo-ziołową do masła (która świetnie nadaje się również do mięs) i czubricę pieczarkową. Każda z paczuszek miała po około 30g (Prymaty mają po 15g.) i mam je nadal choć używam ich dość często. Są ciągle świeże, pachną bardzo intensywnie. Co gdybym oprócz promowania i sprzedaży takich świeżych ziół prezentowała także przepisy i zdjęcia z pomysłów na potrawy które przyrządzam w domu?

Oczywiście zanim podejmę się takiego wyzwania i zamagazynuję w domu potężną ilość przypraw na sprzedaż, będę też musiała rozeznać rynek. I właśnie „no gluten” wkracza teraz do akcji. W kwestii samego glutenu jestem najgorszym laikiem wiem tylko że to jakieś roślinne białko które występuje w zbożach. I na tę moją wiedzę taki oto hit internetu!

 bazylia

Jak to bazylia bez glutenu? Bazylia nie jest zbożem, to skąd ma go mieć? Generalnie równie dobrze można by w CCC sprzedawać „Sandały damskie na koturnie bezglutenowe” i zaraz by się na to rzuciły osoby, które myślą że wiedzą wszystko o odżywianiu, a  gluten im szkodzi. Mi nie szkodzi. Ja się czuję fantastycznie po glutenie! Za dziecka chodziłam po wsi i zbierałam na wpół świeże nasiona pszenicy i wpierdzielałam na surowo. Nic mi nie jest, po glutenie czuję się fantastycznie! Rozumiem, że ktoś może mieć problem z jego spożywaniem, ale żeby cały świat namawiać do porzucenia glutenu? Mam wrażenie, że to jakaś cicha wojna wypowiedziana rolnikom żeby ich wygryźć z dotacji unijnych. Dodam, że ja się fatalnie czuję po jajkach. Myślę, że wszyscy powinniście zrezygnować z jajek. Te białko kurze źle działa na Wasz organizm, cerę i włosy. Niektórzy w podobny sposób piszą o laktozie namawiając ludzi na porzucenie nabiału. Serio?

Dodam pół żartem pół serio, że czasem czuję się też fantastycznie po glutaminianie sodu! Język aż szczypie jak się kupi w Albanii chipsy ichniejsze, gdzie jeszcze nie wparowała UE ze swoimi przepisami ograniczającymi stosowanie glutaminianu.

Ludzie nie dajmy się zwariować. Jak można powiedzieć, że zdrowe są odżywki białkowe, ale zniechęcać ludzi do spożywania nasion albo mleka? Ratunku. Trzeba jeść normalnie i wszystko. Życie polega na tym, żeby sprawiać sobie przyjemności, a nie tylko na pokonywaniu życiowych przeszkód i wyzwań. Chciałam pizzę? Zjadłam pizzę na mące z glutenem i laktozą w serze! I było mi z tym cudownie. Pewnie autorytetem nie jestem, bo ciągle jestem grubaską. Ale gdybym miała stosować się do tych zasad i zaleceń o jakich piszą fitneski – a one często bywają inspiracją, to pewnie bardzo szybko mój organizm by się poddał. Minął miesiąc bez wyrzeczeń, miesiąc 3-4 wizyt tygodniowo na siłowni, miesiąc ćwiczenia z wolnymi ciężarami. Miesiąc gdzie dziewczyna która nie umie podnieść pustej sztangi podnosi już sztangę +10 kg. Robię martwy ciąg, przysiady z obciążeniem, rozpiętki i masę innych ćwiczeń. A to dopiero początek…!

Z osób które czytuję, a która pisze najbardziej z sensem – polecam Wam wszystkim Martę Okuniewską, zwykle wesoły uśmiech wita na mojej twarzy jak czytam jej słowa.

P.S.

:* liczę że nie wywołam gównoburzy swoim swobodnym podejściem do glutenu i laktozy ;)