RSS
 

Notki z tagiem ‘cel’

Powakacyjne wnioski, zmiany i posanowienia :)

05 wrz

Witajcie po kolejnej długiej przerwie. Ta była zapowiedziana dwie notki wcześniej i mam nadzieję, że nikogo nie zaskoczyła. Tydzień temu wróciłam z wakacji, ale trochę mi zajęło zgranie się z życiem codziennym. Pierwszy weekend przede mną, pierwsze leniwe śniadanie i kawa za mną. Czas na krótkie podsumowanie.

Tydzień przed wyjazdem na urlop miałam już takie Raisefiber, że nie byłam w stanie się skupić na siłowni, w sumie to nie poszłam na nią ani razu przez ten czas, na urlopie w hotelowej siłowni nie byłam ani razu. Wylatując ważyłam 69,7 kg, po powrocie 70,7. 1 kg uważam za bardzo niewielki wzrost biorąc pod uwagę, że w All Inclusive alkohol był non stop i już od rana piwkowaliśmy, a jedzenia nikt specjalnie dla mnie nie robił dietetycznego – zrzucam to na pływanie w morzu (choć pływanie to za dużo powiedziane) i podkręcony metabolizm przez ostatnie półtorej miesiąca. Czułam się dobrze, nadal czuję się fantastycznie. Mogę z dumą powiedzieć, że ciężkim treningiem zrzuciłam 5kg w ciągu dwóch miesięcy przy czym 2 tyg byłam na urlopie a praktycznie weekend w weekend mieliśmy jakieś imprezy: panieńskie, wesela itp. A wcale sobie nie odmawiałam niczego, nawet pizzy i klina dnia następnego ;)

O samych wakacjach postaram się w wielkim skrócie – FANTASTYCZNE. Najlepsze do tej pory! (choć mówię tak co roku)

Już kiedyś chyba wspominałam, że wraz z moimi cudownymi przyjaciółmi (tymi od tripów do Bratysławy i Ostrawy itp.) co roku jeździmy gdzieś organizując sobie cały wyjazd samodzielnie, w ostatnim roku byliśmy w Albanii. Teraz zmieniliśmy nieco plany i postanowiliśmy dla wygody kupić gotową wycieczkę do Egiptu na 2 tygodnie. Zresztą Egipt to raczej ciężko zorganizować samodzielnie. Trochę zawaliliśmy bo urlop wybraliśmy na koniec sierpnia i nikt z nas  nie wiedział wówczas, że w okresie wakacyjnym ceny w biurach są znacznie wyższe niż z początkiem czerwca czy września. No, ale znaleźliśmy hotel, choć tygodniami wertowaliśmy wszystkie opinie, komentarze i zdjęcia na przeróżnych portalach. Nie było chyba hotelu, w którym przynajmniej kilka osób nie pisałoby źle o jedzeniu czy obsłudze. To była więc loteria, a nasz wybór ostatecznie został podyktowany dobrą ceną i piękną plażą na zdjęciach. Trafiliśmy idealnie. Hotel mały, kameralny. Zadbany, z pięknym ogrodem i wspaniałą plażą. Obsługa cudowna. Długo zastanawialiśmy się skąd te negatywne komentarze w internecie, i dopiero w drugim tygodniu zrozumieliśmy o co tak naprawdę chodzi. Polacy to są straszne cebulaki na wakacjach. Jak można do egipcjanina za barem mówić po polsku i jeszcze w taki chamski sposób? Traktowali tych pracowników zupełnie tak jakby oni byli od usługiwania im, a nie w pracy. Naprawdę, nie wyobrażam sobie by mnie tak ktoś potraktował gdy ja lata temu pracowałam za barem. Nie chcę się rozwlekać na ten temat, ale to było przerażające, było mi wstyd. Na szczęście my byliśmy wesołą ekipą, nawet ochroniarze przymykali na nas oko gdy po kilku drinkach zachowywaliśmy się trochę mniej odpowiedzialnie. Sporo czasu spędziliśmy na rozmowach z personelem, nawet przyznaliśmy, że jest nam trochę wstyd za to jak część Polaków zachowuje się w hotelu. To co było najważniejsze na tych wakacjach to, że przełamałam własny strach. Wyobrażacie sobie, że poleciałam do Egiptu snurkować z paniczną fobią głębokiej wody? Serio… Pierwsze próby były straszne, zanurzałam głowę i miałam wrażenie, że wszystko mi się zalewa, tonę i spadam w dół. Nawet gdy mój przyjaciel kazał mi się chwycić jego ramion i tak naprawdę to mnie prowadził przez tę rafę, co chwilę musieliśmy zawracać. Wszystko się zmieniło gdy na lekkim rauszu po popijawie dnia wcześniejszego, wypłynęłam samodzielnie. Szok. Niesamowite widoki. I wcale nie tonęłam. Spędziliśmy wtedy bardzo wiele czasu na snurkowaniu i umówiliśmy się z ekipą, którą poznaliśmy na tych wakacjach na przepłynięcie od naszego hotelu do pomostu w opuszczonym hotelu obok. Kawał drogi, płynęliśmy jakąś godzinę. To było rano dnia następnego. Już byłam zupełnie trzeźwa. Dopłynęłam na kraniec i w pierwszej chwili mnie zamurowało. Poczułam przeszywający mnie strach, ale walczyłam. Przecież zrobiłam to już raz, zrobię i drugi. Da się. Nie tonę. No i faktycznie, płynęłam prawie godzinę wzdłuż krawędzi rafy podziwiając piękno przyrody. Byłam zmęczona, miałam zakwasy na rękach, ale to było coś tak pięknego, że teraz już nigdy nie będę się bać. Już nie mogę się doczekać kolejnych wakacji!

A po wakacjach? Powrót na siłownię. Dziś będzie 4 raz w tym tygodniu jak pójdziemy trenować z moim Nieślubnym. Dwa dni miałam straszne zakwasy, ale już przeszło. Wczoraj znów podniosłam sobie wyżej poprzeczkę, po całym treningu Luby został „robić łapy”, a my z kumpelą na bieżnię na kwadrans. Zwykle robię interwały 2/2, ale tym razem przebiegłam 10 minut bez żadnej przerwy. Taki power, taka moc! Mamy postanowienie 4-5 razy tygodniowo trening. Oczywiście dieta low carb (ja się czuję na niej najlepiej), także węgle tylko w postaci pieczywa rano na śniadanie, a potem warzywa, owoce, białko i tłuszcze w rozsądnej ilości. Na początku tyg wyznaczamy sobie nagrodę: posiłek lub coś innego, co nie będzie zgodne z dietą, ale będzie takim celem: wytrzymam cały tydzień, bo w sobotę… :) I tak dziś nagrodą jest wieczór przy piwku z moimi kuzynami, ich kobietkami i z moim młodszym bratem. Za tydzień nagrodą będą ur teścia. Ale daje to motywacje, cały tydzień było grzecznie. Waga wróciła do wagi sprzed wakacji. Treningi podobają mi się coraz bardziej, jestem silniejsza. Mam motywację, bo są efekty i wcale nie wymagają ode mnie wielkich wyrzeczeń i rezygnowania ze wszystkiego.

Pozdrawiam gorąco :*

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Codziennik, O mnie, Sport

 

No i po weekendzie :)

09 lut

Witajcie! To był mega intensywny weekend, udany wyjazd i świetna impreza w Bratysławie. Ale zacznę od początku: w piątek zaczęłam kichać, nie czułam się dobrze, a nie chciałam ryzykować, że będę zasmarkana na wyjeździe. Musiałam odpuścić siłownię, zaaplikowałam sobie końską dawkę witaminy C, rutinoscorbinu i polopiryny. Wygrzałam się w łóżku oglądając serial i w sobotę wstałam jak nowo narodzona. Weszłam na wagę (bo w końcu w pt nie byłam na siłowni więc nie miałam możliwości zweryfikować mojej wagi na koniec I etapu) i… moje oczy aż zabłyszczały z radości. 71,5 kg! Czyli 4,4 kg mniej niż 7 stycznia. A przecież grzeszyłam… To działa! :) Oznaczało to dla mnie tyle, że zrobiłam więcej niż zakładałam – miałam 1,5 kg zapasu. Dziś po weekendzie pełnym alkoholu i fast foodów zważyłam się: 73 kg. Czyli dokładnie tyle ile miałam osiągnąć w tym etapie, czyli… jestem na zero z tym grzeszeniem. Zresztą pewnie jutro trochę będzie mniej wagi, bo woda poalkoholowa zacznie wychodzić. :)

Ale uwierzcie mi – to mi dało tyle pozytywnego humoru, tyle szczęścia i wiary w siebie, że po raz pierwszy od dawien dawna nie bałam się wyjść do ludzi, a w klubie na parkiecie poznałam kilka ciekawych osób i… po paru drinkach to nawet nie miałam oporów by z nimi konwersować in inglisz.

A nagrzeszyłam mocno, bo… w sob. śniadanie zjadłam w domu, było jeszcze zgodne z dietą. Ale na trasie, w Czechach w McDonaldzie wepchnęłam w siebie dwa cheesy. Gdy dojechaliśmy do Bratysławy zjadłam smażony syr z frytkami i tatarską omaćką – oczywiście wszystko z głębokiego oleju i popite dwoma piwami radler. Potem kolejne piwo. Potem szampany i do tego zrobiliśmy sami knedliki i wieprzowinę w sosie gulaszowym (mieliśmy super wyposażoną kuchnię w apartamencie w hostelu). No a potem drinki z red bullem, klub, piwa… W niedzielę rano myślałam, że umrę. Wróciliśmy z klubu po 6 rano, o 10 trzeba było się wymeldować. Koszmar… dojechaliśmy do Czech do McDonalda – McWrap grilowany kurczak. W domu nieślubny znajomy zrobił na moje specjalne życzenie tzw. „zakurwiozę” czyli co na co zawsze mam smaka gdy trawi mnie kac: makaron z sosem serowym na śmietance i mieloną wołowiną. Zjadłam aż dwie porcje.

Ale dziś oczywiście wracam do trybu sprzed wyjazdu. Wszystko grzecznie, zgodnie z dietą.

No i… to ja mam dla Wa zdjęcie. Swoje. Taki mam dobry humor… poza tym jestem ciekawa jak wyglądacie, w końcu wtedy będziecie bardziej materialne niż tylko słowa na waszym blogu. Ja zacznę, może się przełamiecie. Pamiętam, że Madzia chyba wrzucała zdjęcia, ale zamazywała buzię.

1503362_820082138037699_7018353837820025950_n

Pozdrawiam! :)

P.S. Kolejny etap  65 kg na ostatniego kwietnia, myślę, że jest bardzo bardzo realny!

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Codziennik