RSS
 

Notki z tagiem ‘50 twarzy Greya’

Niestabilna emocjonalnie zakompleksiona nastolatka…

16 lut

… taka podobno jestem. Albo raczej takie są osoby, którym podobał się  film 50 Twarzy Greya – wg niektórych internautów głośno hejtujących i zaniżających ocenę na filmwebie. Miło, że tym samym ktoś obniża mój wiek o ponad 1/3. Mają prawie 29 lat, można to traktować jako komplement.

Obiecywałam, że dam znać jak mi się film podobał i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że był świetny i planuję iść drugi raz do kina.

Książki przeczytałam wszystkie trzy i to dwa razy. Pochłaniałam je jedna za drugą, tak były lekko napisane – mimo, że w sobotę jeden z moich znajomych twierdził, że ta książka to pomnik dla analfabetów, że język pokaleczony i że w ogóle bezsensu. Nie rozumiem dlaczego: w końcu przekład na j. polski to ewentualnie nieudolność tłumaczy, nie samej autorki. A wątpię bardzo szczerze by ów znajomy czytał ją w oryginalne. Tak więc dla mnie była to lekka i przyjemna lektura. Wiadomo, że to nie dzieło sztuki jak W pustyni i w puszczy Sienkiewicza, ani inny Pan Tadeusz Mickiewicza – ale książka oprócz wyniosłości i patosu ma też dawać rozrywkę, sprawiać przyjemność. Dla mnie takie właśnie są książki o Greyu.

Sam film również nie ma być jakąś wielką mega produkcją, która zdobywać będzie nagrody na hipsterskich festiwalach jak Ida, który dla moich znajomych czy członków mojej rodziny był słaby i nudny. 50 Twarzy Greya ma być zwykłą rozrywką. Tak jak sztuką są symfonie Beethovena, a rozrywką śpiewy Moniki Brodki. I jeśli chodzi o rozrywkową stronę Greya to była ona na piątkę z plusem. Dakota w roli Anastasji była wg mnie świetna, idealnie grała tą głupiutką, kompletnie nie znającą życia dziewczynę i studentkę. Była dokładnie taka jak Anastasja w książce, taka jak ja ją sobie wyobrażałam – ładna, ale przeciętna. Jak wiele z nas.

Jamie był trochę gorszy i nie pasował mi do roli Greya – choć ja szłam obejrzeć film, a nie wzdychać i ślinić się do Brada Pitta na ekranie. Irytował mnie głównie jego uśmieszek – jak prawiczek przed pierwszym razem, nawet w poważnych scenach. Ciało miał fajne, w scenach grał dobrze. No i właśnie – sceny. Mój luby opowiadał mi, że wracając z pracy słyszał rozmowę dwóch dziewczyn na temat tego filmu w dniu jego premiery. Jedna z nich odpowiedziała, że nie idzie jednak do kina na ten film, bo podobno nie ma w nim prawie wcale scen seksu. Ja usłyszałam to zanim film się rozpoczął i poczułabym się zawiedziona gdyby to okazało się prawdą. Przecież cała rozrywka w tym filmie / książce sprowadza się właśnie do relacji na tle erotycznym. Pod tym względem film jest przedstawiony bardzo dobrze. To nie są sceny, w których kładą się do łóżka, gaśnie światło i nagle mamy nowy dzień, a na twarzach aktorów maluje się rozleniwienie po „niby” udanej nocy. Cała erotyka jest przedstawiona jednoznacznie, ale ze smakiem którego brakuje w filmach porno. Jest po prostu ładna i estetyczna. Dla mnie zresztą to jest główny argument dla którego: tak, podoba mi się Grey i nie, nie podobają mi się filmy z czerwonym kółeczkiem puszczane późnym wieczorem w TV. A czy film jest zboczony, obrzydliwy? Tak mogą sądzić jedynie osoby pruderyjne, które gdzieś-tam słyszały czym jest Grey, ale same tematu nie zgłębiły. Przecież w gruncie rzeczy tam nie dzieje się nic zbereźnego. Chyba każda dziewczyna dostała kiedyś zaczepnego klapsa od swojego chłopaka, chyba każda para zawiązywała sobie oczy albo przywiązywała dłonie do oparcia łóżka w ramach urozmaicenia zabaw łóżkowych. No a seks od tyłu czy zabawy oralne to już w XXI wieku żadna nowość, żaden szok. Swoją drogą nie rozumiem, jak ludzie mogą być oczarowani klasyką kina erotycznego i takimi pozycjami jak: Głębokie Gardło czy wszystkie części Emmanuelle, a jednocześnie hejtować i dyskryminować rolę Greya w pornografii adresowanej dla kobiet. Szczerze, wiele razy szukaliśmy sobie na wieczór filmów o lekkim zabarwieniu erotycznym. Głębokie Gardło obejrzeliśmy dla zasady bo to klasyka klasyki, ale tej słodkiej blondynki Emm nie byliśmy w stanie zdzierżyć ani razu. W Emm autorowi udało się pokazać seks w najnudniejszy z możliwych sposobów, a do tego ta przerażająco męcząca muzyka. Głębokie Gardło było po prostu brzydkie, znaczy te busze między udami, fryzury na głowach, ubiór i wygląd płci męskiej są dla mnie nieestetyczne, brzydkie. Przecież w erotyce i pornografii (tej nie wulgarnej) chodzi o to by efekt końcowy był miły dla oka. Taki jest Grey. Wypięta pupa Dakoty, silny i stanowczy Jamie wyglądają ładnie, ładny jest wystrój, ładna jest muzyka.

Jeśli ktoś na siłę chce szukać w tym sztuki to raczej jej nie znajdzie. To nie jest film po którym powinny być organizowane wieczorki dyskusyjne i ciągnące się w nieskończoność debaty o sensie życia. Grey to rozrywka o zabarwieniu erotycznym. To film dobry, świetnie nakręcony i każdemu kto ma takie nastawienie i takie oczekiwania względem 50 Twarzy Greya będzie się on podobał.

Hejterów mam ochotę kopnąć w dupę. Zwłaszcza tych, którzy oceniali nie wiedząc co oceniają. Agresja w komentarzach i zaniżane oceny to dowód na to jak pruderyjne, ograniczone i zamknięte jest nasze społeczeństwo. Kobieta nie może się cieszyć erotyką w takim wydaniu, ale mężczyźni mogą zachwycać się tanim porno na stronach XXX albo tańcem na rurze wymalowanych jak ostatnia dziwka, dziewczyn. Ciekawe, że z równie intensywną zajadłością nikt nie neguje 7 części Szybcy i Wściekli – filmu kompletnie o niczym, kompletnie bez sensu. Filmu nierealnego i nieprawdopodobnego. Albo Batmana – człowieka nietoperza. Albo innych Hulków, Avengersów czy czego tam. Nie widziałam hejtów człowieka pająka i obrzydliwie słodkiej miłości w tymże filmie. Serio? No to skoro są takie filmy i mogą się komuś podobać, to fuck off od Greya i tego, że się on komuś podoba. Przecież nikt nikomu nie każe tego oglądać… Ta zazdrość jest dla mnie niezrozumiała.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Codziennik

 

Czasem tak mnie napada…

23 sty

Czasem mam tak, że wstaję rano i mam chęć puścić jakiś konkretny kawałek, na cały regulator i skakać po mieszkaniu z jakąś niecodzienną dawką energii. Tak było dziś. Nie zmrużyłam już oka po tym jak nieślubny wyszedł do pracy. Musiałam włączyć tę jedną piosenkę:

Tak mi w uszach dzwoniła, że już po chwili z refrenu miałam zrobiony dzwonek na telefon. Taki dziś mam dzień, take me to church! Znalazłam w sobie tyle energii, że pozmywałam stertę naczyń zalegającą w zlewie. W tym tygodniu na nic nie mieliśmy czasu. Poszczególne posiłki gotowaliśmy, a gary do zlewu… i urosła ich taka góra, że już nic się tam nie mieściło. Dziś piątek, a piątki są krótkie w pracy bo tylko 6h. Więc uznałam, że jak będę to musiała zmywać po powrocie to wpadnę w depresję. Zrobiłam to rano.

Zjadłam syte śniadanie, w kółko katując sąsiadów tą jedną piosenką. W pracy zrobiłam to samo. (prócz sytego śniadania of korz)

Cały weekend praktycznie poplanowany, zero czasu na lenistwo bo roboty w mieszkaniu dużo i nadrobić trzeba rodzinne zaległości. Moja babcia i dziadek mieszkają na tym samym osiedlu, więc odbyliśmy wizytę w dniu ich święta, ale dziadki Nieślubnego mieszkają na drugim końcu miasta. Prócz tego na weekend mam 2 dodatkowe mieszkania z dwoma kotami do opieki, bo obaj moi kochani przyjaciele wybyli na zagraniczne wyjazdy.

Myślę, że braknie mi czasu na grzechy.

Bilety na 50 twarzy Greya ostatecznie zorganizowałam sama, ale to głównie dlatego że jak zadzwoniłam do jednego kina, w którym nie spodziewałam się że już będzie można rezerwować itd. bo to nie jest taka sieciówka jak Cinema City, to okazało się że jednak można! :) W dodatku miejsca które mamy sprawdzone i przetestowane na największej sali kinowej są wolne. No więc idziemy w dniu premiery. Mam nadzieję, że nie będę rozczarowana i historia zostanie przedstawiona tak jak widziała ją moja wyobraźnia czytając książkę.

Tak więc, take me to church! Znaczy… na siłownię… :P Miłego piątku wszystkim!

P.S. tak tak, waga po pizzy wtorkowej spadła w dół i dalej spada. Mam dobre myśli, względem pierwszego etapu tj. 7 lutego ;)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Codziennik