RSS
 

Archiwum - Luty, 2016

Zalecenia żywieniowa i dietetyczna „moda” – niczym huśtawka.

18 lut

Im człowiek więcej poświęca uwagi artykułom i poradom o żywieniu tym większy mętlik pojawia się w głowie, a że część ich jeszcze bywa sprzeczna ze sobą to się w tym gubi. Jaka recepta na sukces? Słuchać własnego ciała!U mnie wszystko pod kontrolą,  waga spada, siła na treningi jest. Wody mniej. Ostatnio patrzę na siebie w lustrze i buzia mi się śmieje. Serio? To ja jestem? Te ramiona, ta talia? Wreszcie mam wcięcie! No i gdzie mój sławny, ciążowy brzuch?! :) Jeszcze trochę i może powinnam zacząć rozmyślać nad zmianą domeny bloga, bo będzie nieaktualna. Generalnie zostało mi jakieś 5-6 kilogramów do celu. Niewiele. Niektórzy by pewnie zrzucili to w trzy tygodnie siląc się na pełne wyrzeczeń głodówki. Ale to nie jest rozwiązanie. Albo inaczej: jest, ale krótkotrwałe. Chwilowe i ulotne. Ten kto czytał wcześniej moje przygody, wojny samej z sobą i wiele zmagań z dietami cud, ten wie że jest to proces pełen upadków, depresji i załamań, które nie pomagają. Musiałam znaleźć wiele siły w sobie by powiedzieć to wreszcie na głos: nie akceptuję się taką jaką jestem. Wstydzę się siebie. Nie chcę taka być. Złość i zgorzkniałość, zazdrość i zawiść zaczynały tak często ujawniać się w moich słowach i działaniach, że zaczęłam źle się czuć nawet z własnym charakterem. Taka już domena wielu ludzi: kompleksy kryjemy za maską agresji.

Czara goryczy się przelała, popłynęły łzy i wiele szczerych, naprawdę prawdziwych słów o mnie samej, które usłyszał człowiek, który spędził ze mną prawie 1/3 mojego życia. To przecież kawał czasu. A chciałabym z nim być do końca, na zawsze. To on obiecał mnie wspierać i pomóc w tym co wydawało mi się najtrudniejsze, a zarazem najbardziej koniecznie bym zaczęła zmieniać siebie: siłownia, treningi, sport, ruch. To on kazał porzucić w kąt nudne bieżnie, orbitreki i rowerki na koszt treningu siłowego. Nie żałuję, że uświadomił mi że nawet jak będę trenować systematycznie i ciężko, to nie zamienię się w Rockiego czy Szwarcenegera. Jestem z siebie dumna, że nie uciekłam z płaczem gdy okazało się, że nie tylko nie umiem wykonać poprawnie ćwiczeń, ale też nie potrafię zrozumieć dlaczego moje ciało robi inaczej niż ja bym chciała by robiło i niż tłumaczy mi luby. A uwierzcie mi, że kłaczek zakompleksienia, wstydu i strachu przed tym, że robię źle i nie umiem na oczach innych osób na siłowni, był tak wielki, że kilka razy łzy miałam na końcu nosa, albo chowałam się w najciemniejszym kącie z nadzieją że ten czas treningowy przeleci. Nigdy nie lubiłam półtorej godzinnych treningów kardio. Bieganie mi i tak nie szło, kondycja za słaba. A poza tym to jest tak kurewsko nudne, że człowiek mógłby z tych nudów umrzeć. Dziś wyciskam sztangę, robię siady, martwy ciąg i inne ćwiczenia, które kiedyś brzmiały jak czarna magia. Macham hantlami, po siłowni biegam z zeszytem, notuję progres i skupiam się na pracy mięśni. Teraz, po tych prawie 6 miesiącach zaczynam naprawdę czuć który mięsień pracuje. Nie było to łatwe. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że ludzie wymiękają, odpuszczają, łapią doła. Nie robię tego jednak z radością, że kocham ćwiczyć – do tego może potrzebuję następnego roku, dwóch, pięciu – robię to bo widzę efekty, efekty cieszą bo już się nie ograniczam restrykcyjnymi dietami żeby schudnąć.

Jedzenie, a właściwie zdrowa dieta to 70% tego jak wyglądasz. A że próbowałam różnych sposobów, od dukanów, 3D chilli po wszelkie inne pomysły na to jak jeść by schudnąć, to trochę już o tym wiem. Informacji jest bardzo wiele, bardzo wiele sprzecznych. Jedni mówią, że śniadanie obowiązkowo należy zjeść najpóźniej do godziny po przebudzeniu, inni że po przebudzeniu poziom kortyzolu jest tak wysoki, że żeby rosły mięśnie i aby spalać tłuszcz należy zjeść śniadanie najwcześniej godzinę po przebudzeniu. (ja żeby wypośrodkowa jem dokładnie godzinę po przebudzeniu – na wszelki wypadek, bo nadal nie wiem która wersja jest właściwa) Jedni mówią, że woda z cytryną jest niezbędnym napojem z rana, inni że woda z cytryną podnosi poziom insuliny we krwi. Są ludzie którzy zalecają jeść posiłki o regularnych porach i nie rzadziej niż co 3-4 godziny, a są tacy co wskazują na efektywne zjedzenie solidnego śniadania i nie jedzenie przez 7-8 godzin. Niektórzy na siłę wciskają w siebie ciemne pieczywo, owsianki i płatki, inni mówią: jedz jajka, jedz śniadania białkowo-tłuszczowe. Jedni mówią: licz kalorie, inni że nie powinno się być niewolnikiem cyferek. Mówią ludzie, że żeby schudnąć, trzeba jeść. Mimo to wiele pań szykujących się na występy sylwetkowe robi kardio 2×7 dni w tygodniu i obcina jedzenie do 800 kcal. Jedni mówią, że tłuszcz należy obcinać bo od niego chudniemy, inni że tłuszczu nie należy się bać.

Zwykły Kowalski miałby problem to wszystko pojąć, usystematyzować i wprowadzić do własnego menu. I wcale mnie to nie dziwi, ja sama miałam z tym problem. Moja recepta pewnie nie dla wszystkich okaże się pomocna, ale im bardziej zagłębiałam się w temat i im więcej słuchałam co mój luby ma do powiedzenia w sprawach żywieniowych tym bardziej przekonywałam się do tego, że liczenie kalorii nie koniecznie jest więzieniem i ograniczaniem siebie, tylko sposobem na zrozumienie co mówi Twoje ciało. Systematyczne notowanie nawet grzechów popełnianych w weekendy i pod wpływem % ,  codzienne ważenie się i notowanie zmian sprawiło, że zaczęłam wreszcie namacalnie zauważać jaki sposób jedzenia i jedzenie czego sprzyja założonym celom. Aktualnie rzuciłam węglowodany na pierwsze dwa posiłki. Jem jajka, kiełbasy, sery. Dwa dni w tygodniu poniedziałek i wtorek – jako że występują zaraz po weekendzie kiedy zdarza mi się zgrzeszyć, robię całkowicie bez węgli również na pozostałe posiłki (z wyjątkiem węgli pochodzących od warzyw). Wtedy mam najsilniejszy spadek wagi. W pozostałe dni węglowodany w ilości 50g produktów sypkich (kasza/ryż/makaron) lub 200g surowych ziemniaków – dodaję do jednego, max dwóch posiłków. Liczę kalorie, tzn. notuję wszystko i wychodzi mi 1300-1400 w te dni bezwęglowe i do 1700-1800 w dni węglowe. Nie jestem głodna, jem to co lubię. Jem biały makaron z glutenem, ziemniaki, śmietanę, sery czy kiełbasy. Nie patrzę na to ile zawierają tłuszczu. Chudnę. Zmienia mi się sylwetka. Czuję się lepiej. Wraca mi pewność siebie.

Każdy kto chce zmienić swoje nawyki, a jego motorem napędowym jest chęć zrzucenia wagi, powinien zacząć obserwować swoje ciało. Sprawdzić jakie ma „teoretycznie” zapotrzebowanie kaloryczne i tydzień po tygodniu weryfikować co się z jego ciałem dzieje. Wiadomo, że należy sprawdzać skład i kupować lepszej jakości produkty, ale nie należy popadać w skrajność i biadolić nad pustym portfelem, że się nie ma 40 zł na eko piersi z kurczaka. Mój luby w jednej kwestii ma rację: bilans kaloryczny to podstawa do zrzucenia zbędnych kilogramów. Jak będziesz dostarczać mniej energii niż spożywasz, to rezerwy tłuszczowe pójdą wek. To oczywiście oznacza, że w granicach deficytu kalorycznego można by się z czystym sumieniem stołować w McDonaldzie i chudnąć. Co zresztą już jakiś nauczyciel udowodnił. Tyle że on był płci męskiej. Wiecie czemu mężczyźni nie mają cellulitu? Bo jest brzydki. Dlatego z punktu widzenia nie tyle kalorii i wagi, ale zdrowia włosów, ciała, paznokci, skóry, oczu i naszych bebechów ważne jest to by jednak weryfikować to co jemy i jak jemy. Dla mnie spoglądanie na etykietę to już jest podstawa zakupów cotygodniowych – nowe produkty wybieram tylko pod kątem ich składu. Ale nie oznacza to, że kupuję wszystko na działach eko i przepłacam. Wręcz przeciwnie, wybieram z tych produktów na które mnie stać i które uważam, że nie są marketingowym sposobem na naciąganie ludzi – tu pamiętna gluten-free bazylia suszona. Generalnie moja rada dla wszystkich odchudzających się jest prosta: chcesz zjeść białą bułkę z pasztetem? Zjedz! I ciesz się tym, że jesz coś pysznego. Tylko nie jedz jej 5 dziennie, przez 7 dni w tygodniu. Nie smakują Ci „super-hiper-dietetyczne” chipsy z jabłka czy buraka, ani wafle ryżowe (ja też już nimi rzygam) – zjedz normalne chipsy. To Ty zdecydujesz czy wybierzesz Lays prosto z pieca, czy full tłuszczowe zwykłe Lays. Tylko słuchaj swojego ciała, nie wracaj do rutyny w niezdrowym jedzeniu. U mnie Lays prosto z pieca leżą w szafce w kuchni, czekają na dzień kiedy najdzie mnie na nie smak i zamierzam je zjeść bez skrupułów. Nie wierzysz mi? Widzisz ten tłuszcz, olej, jajka i sery i kiełbasy które jem i myślisz sobie: pewnie kłamie, ściemnia, albo zaraz jej te kilogramy wrócą. Nie dziwię Ci się. To siedzi w głowie. Strach przed tym by uwierzyć, że możesz zjeść jajecznicę na maśle albo sadzone z bekonem siedzi w Twojej głowie. Tłuszcz jest zły, od tłuszczu tyjesz – taką mantrę szepczą szare komórki. Jesz 1800 kalorii dziennie? Jak chcesz schudnąć?! Trzeba jeść 1000 nie więcej. – kolejna mantra. Trzeba zwalczyć te błędne przeświadczenia, trzeba przestać się bać, że każda jedna kaloria będzie zabójcza. Organizm każdego z nas inaczej pracuje, inne ma zapotrzebowanie na energię, każdy z nas inaczej ćwiczy. Może się okazać, że Ty możesz jeść nawet 2200 kcal i będziesz chudnąć. Tak wiem. Ktoś nagle powie: ale ja jem przecież tak mało. Nie mógłbym jeść tyle ile Ty, bo pęknę. Nie jem tyle. Mój znajomy też tak mówi. Jeśli ktoś z Was tyje, mimo że je mało, a przynajmniej tak mu się wydaje – niech weźmie fatsecret albo inny kalkulator kalorii. Bez kłamstw i oszukiwań policzcie swój cały tydzień. Myślę, że wynik może bardzo zaskoczyć.

Czuję się mądrzejsza i pewniejsza w tym co mówię, robię i jak jem. Przekonałam się na samej sobie.

Buziaki! :*

 

Bo grunt to wytrwałość i wiara w siebie, reszta to tylko cyferki.

09 lut

No dobra, nie ma się czym chwalić. Tzn. mimo tego, że od 4 grudnia cały czas trenowałam, ostro, mocno. Zdrowo się odżywiałam, miałam kilka wyskoków, ale wcześniej miewałam je również – TANITA w sobotę na siłowni stwierdziła, że mam mniej kg mięśni, więcej kg tłuszczu i że w ogóle jest do dupy. Więc to olałam, nie będę już robić tam pomiarów skoro nie dają one efektów. Poczyniłam pewne zmiany żywieniowe i chyba będą one na stałe, a przynajmniej na dłuższy czas, jeśli nadal będą efekty. W odniesieniu do problemów z wodą, od kilku dni regularnie wypijam szklankę (a właściwie półlitrowy kufel) wody z sokiem całej cytryny na czczo z rana. Do tego zainwestowałam z suple z KFD: kupiłam magnez+cynk+b6 i osobno potas. Nie wiem czy o tym kiedyś już pisałam, ale cynk i b6 to ważne witaminy podczas odchudzania, zwłaszcza dla tych które nie mają silnej woli. Piszę tu głównie o nas płci pięknej, bo panowie rzadko kiedy nabierają się na diety cud w tabletkach czy granulkach, albo innych rozpuszczalnych tabletkach. Jeśli ktoś kiedyś rozmyślał by sięgnąć po ten cudowny paralek to podpowiem: sięgnij! Wyciągnij rękę, złap pudełko i przeczytaj skład. A potem odłóż z powrotem. Cynk, B-6, wyciąg z zielonej herbaty i kilka innych ziółek + kofeina tudzież inny energetyk podnoszący ciśnienie. Cynk + B6 za 30 tabletek – 7 zł w aptece, ziółka praktycznie za darmo, a kto odchudzający się nie pije zielonej herbaty? Więc nie dajcie się nabrać na reklamy i głodne obietnice, poczytajcie skład i weźcie sprawy we własne ręce.

Dobra, ale wracając do moich nawyków żywieniowych. W tym tyg. poniedziałek i wtorek to dwa dni low-carb żeby zacząć regulować sprawy wody w organizmie. Porzuciłam węgle wszelkiego rodzaju, zostawiając tylko te pochodzące z warzyw. Jem białkowo-tłuszczowe posiłki. Wczoraj na śniadanie zjadłam jajecznicę z dwóch jajek na oleju koko. W pracy miałam 4 jajkowe muffiny i kiełki lucerny (przepis na dole wpisu). Na obiad i kolację miałam zupę taką ala tajską… z paprykami, porem, cebulą i kapustą pekińską, sokiem warzywnym i oczywiście pulpetami wieprzowo-wołowymi. Kapusta pekińska na ciepło to ostatnio hit w mojej kuchni, zastępuje mi wraz z pomidorowymi sosami, braki warzyw świeżych i smacznych w okresie zimowym. W każdym razie dziś rano 0,7 kg mniej. Woda zeszła. Jednak muszę coś zmienić w kuchni i odstawić częściowo węglowodany, bo jadłam ich chyba za dużo. Dlatego białkowo-tłuszczowe posiłki zostają, a węgle pojawią się chyba jedynie w potreningowych kolacjach. Aczkolwiek jeszcze ten tydzień zrobię normalny i może następny, żeby zobaczyć co się stanie. Luby twierdzi, że dwa dni na niskich węglach powinny mi w zupełności wystarczyć.

Miłego! :*

image

Muffiny (12 sztuk):
1 duża cebula
60g kabanosów (może być boczek/kiełbasa etc.)
6 jajek
łyżka przecieru pomidorowego
łyżka oleju koko
sól, pieprz, zioła do smaku
1 kulka mozarelli ligh

Cebulę i kabanosy podsmażyłam na oleju koko, cebulka się lekko zrumieniła, ale jednocześnie mocno zeszkliła i zyskała cudowny słodki smak <3
Rozłożyłam to do foremek silikonowych gdy nieco przestygło, na górę podzieliłam kawałki mozzarelli light. Jajko rozbełtałam z przecierem pomidorowym i ziołami. Zalałam foremki i piekłam jak zawsze na oko, ale myślę że max 20 minut.

Koncentrat pomidorowy sprawił że te jajkowe muffiny nie smakują tak bardzo jajkowo. Są cudne, już analizuję nowe koncepcje na farsz do nich: pieczarki, szpinak, ser pleśniowy itd.

 

Jak się pozbyć wodu z organizmu? Co z termogenikami?

02 lut

Obiecywałam z końcem stycznia nowy pomiar na Tanicie, zaraz krótko wyjaśnię czemu będzie on dopiero za tydzień :) Otóż w sobotę pomagaliśmy mojemu przyjacielowi układać panele w mieszkaniu. Niecałe 40 m2 powierzchni zajęło nam ponad 9 godzin – mamy małe doświadczenie (bo tyle co układaliśmy je u siebie), ale że montaż kosztował drugie tyle co panele, a zaoszczędzić trzeba było to całą paczką – 5 sztuk ludzi, pracowaliśmy w pocie czoła. Zaczęliśmy o 11, 20:30 skończyliśmy, siłownia już była zamknięta więc nie dotarliśmy. Gospodarz za ciężką pracę postawił piwo jedno, drugie, trzecie, dziewiąte… w niedzielę rano myślałam, że umrę. To był w sumie pierwszy taki miesiąc gdzie praktycznie nie imprezowałam, tzn. czasem jakieś piwko wypiliśmy ale z kacem obudziłam się w nowy rok i po 3 Królach, aż do 31 stycznia. Kac był okropny bo organizm się kompletnie odzwyczaił od tych piwnych maratonów, po co mi to było! Na kaca władowałam w siebie kubełek skrzydełek z KFC i wypiłam dwa piwa by znaleźć w sobie siły. Na siłownię nie dotarliśmy, cały dzień zmarnowany. Zrobiliśmy tylko zakupy i mój nieślubny znajomy zrobił małe #mealprepsunday do środy. Jutro będę robić dalsze pojemniki gdy on będzie na siatkówce. Tak więc nie dotarłam na siłownię, a wczoraj moja waga skoczyła tak mocno do góry jak zebrała się woda, że nawet nie miałam odwagi wejść na wagę. U mnie w ogóle przez tą nieregularność i małe grzeszki ta woda jest na dość wysokim poziomie. Gdy zobaczyłam się rano na kacu w lustrze w niedzielę, to byłam zaskoczona. Na wadze 66 kg, szczupła i zgrabna laska. Taki efekt robi odwodnienie. Ale w poniedziałek już było normalnie,  z powrotem. Ale przez to że widziałam siebie bez tej wody to chciałabym jej poziom zmniejszyć, wtedy namacalnie widziałabym te efekty ciężkiej pracy, diety i treningów. Ale jak to zrobić? Zaczęłam od dzisiejszego pranka wlewając w siebie pól litra wody z sokiem z cytryny. Podobno tak trzeba, witamina c moczopędna. Teraz w okresie zimowym spadek spożycia wody jest zauważalny, kiedyś 2 litry to wypijałam przez 8 godzin pracy, a w domu jeszcze więcej. Wczoraj z ledwością wypiłam litr wody. Zimno i zimna woda do siebie nie pasują. Ciepłej nie wypiję, a herbaty i kawy nie wliczam. Tyle że sama witamina C to może być za mało na pozbycie się znienawidzonych litrów. Dlatego zaczęłam grzebać w internecie i znalazłam kilka ciekawych porad. Jedna z nich rozbawiła mnie do łez, a mianowicie taka która zakładała wypijanie tygodniowo jednej lampki wina. Nie mam pojęcia kto to pisał, i ile on alkoholu spożywa, ale przecież nie ma sensu otwierać wina żeby wypić z niego lampkę w tygodniu! Co to jest lampka wina…? Ja wina liczę w butelkach. Tygodniowo butelka wina jakby była wskazana to powiedzmy, że by mi odpowiadało.

Z poważniejszych porad wysznupałam dwie które dotyczą witamin:

- potas
- witamina B6

Suplement z tymi witaminami muszę odnaleźć w aptece. Luby zapytał: a czemu po prostu nie zjesz banana. Bo nie lubię? Musiałabym jeść dziennie ze dwa przynajmniej, a chyba z jednym miałabym straszliwy problem. Pomidory też są bez smaku teraz w zimie. Nie mam na nie w ogóle ochoty.

Oczywiście w pierwszej chwili chciałam jakąś odżywkę termogeniczną w formie przedtreningówki. Może zwyczajnie nadszedł czas żebym miała swoją wielką, kulturystyczną puszkę proszku o smaku orzechów albo straciatella? Ale luby zabronił, stwierdził że to niezdrowe, bo zawiera kofeinę i podnosi ciśnienie, a poza tym nikt nie zbadał skuteczności tego. No to siedzę cicho i zastanawiam się czy on kiedyś zmieni zdanie czy jednak nie. W najbliższą sobotę pomiar na Tanicie, jestem ciekawa efektów. Jeśli wierzyć w %BF wyliczany na podstawie wagi i obwodów szyi, brzucha i bioder to powinnam mieć 28% więc już na naprawdę niezłym poziomie biorąc pod uwagę pomiary z września.

Od przyszłego tyg będę też modyfikować dietę, zostanę na tym samym poziomie kcal 1800-2000, ale dwa dni w tyg: poniedziałek i wtorek będą znów lowcarb.

Macie jakieś doświadczenia z usuwaniem wody z organizmu? A może z odżywkami termo? Będę dźwięczna za podpowiedź.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, O mnie, Sport