RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2015

Bulletproof i kokosy, a także nowe fakty w sprawie Ewy Tylman.

14 gru

No dobra. Żartowałam. Tzn. w sprawie Ewy Tylam, bo nie będzie o niej ani słowa, ale może tytuł przyciągnie więcej czytelniczek i czytelników? Po weekendzie mikołajkowym spędzonym w Krakowie bilans treningowy był ujemny. Zjadło nam jeden trening nóg i postanowiliśmy nadrobić go w poniedziałek. Trening nóg to dla mnie najgorszy dzień, a jednocześnie tak bardzo chciałabym żeby to właśnie ta partia miała największy i najbardziej zauważalny progres. Głównie dlatego że cellulit najbardziej widoczny jest na pupie i udach, a poza tym chyba każda dziewczyna marzy o seksownym tyłku? Na tym etapie już nie wystarczy być po prostu chudą, nie o to chodzi. Patrzcie:

428863_10150610874655795_737625794_11308169_1245773403_n

 

Poniedziałek = początek tygodnia, w dodatku trening po pracy, a wieczorem zawsze ludzi na siłowni jest dużo. Robiłam znów przysiady ze sztangą, mimo, że wstydziłam się i wstydzę panicznie nadal, robić ćwiczenia których nie umiem i które robię źle.  I co? Nie wiem, cud jakiś i dziwna zmiana – nagle zrobiłam już „prawie dobrze”! :) Tzn.  wg mojego lubego zdecydowanie lepiej niż za każdym razem wcześniej. A nie ćwiczyłam w domu, na sucho. Po prostu… Mój organizm rozwija się sam i w swoim tempie, w ogóle nie słuchając tego co ja bym chciała by robił. Taka niespodzianka. Oczywiście to w dalszym ciągu nie jest przysiad taki jak powinien być i ciągle coś robię źle, ale przynajmniej są jakieś postępy. W sobotę teraz był drugi trening nóg. Zakwasy mam do dzisiaj.

Przy okazji wcześniejszej notki o pomiarach na wadze Tanita, zapomniałam wrzucić najważniejszą rzecz. Otóż, pomiar wrześniowy kończył się dla mnie diagnozą OBESE czyli nadwaga. Natomiast pomiar listopadowy STANDARD. Mimo, że różnicy na wadze nie było wcale. Oto dowód:

zdjecie

Musiałam poprawić mazakiem bo napis zniknął już prawie zupełnie, ale chyba jest co świętować! Pozostaje tylko kwestia pozbycia się wody z organizmu, dlaczego mam jej tak dużo? Soli prawie nie stosuję. Jedzenia mocno przetworzonego prawie nie jadam. Jak w niedzielę rano po sobotniej imprezie stanęłam na wagę to oczy mi aż zaświeciły ze szczęścia. Człowiek po alkoholu = człowiek odwodniony. Człowiek odwodniony = człowiek lżejszy. Waga pokazała 67,3 kg czyli dwa kilogramy mniej niż normalnie i 7,4 kg mniej niż na wadze początkowej :P ale woda wróciła, wiadomo. Taka zmiana nigdy nie jest na stałe. Jak sobie radzicie z poziomem wody w organizmie? Jak ten poziom zmniejszyć i jak pilnować by nie skakał?

Z innej beczki bulletproof & kokos: im więcej mam fitnesek na fejsbuku tym więcej ich wpisów i postów pojawia się na głównej stronie. Spora część z nich pisze o porannej kawie bulletproof. Do tej pory zupełnie się nie interesowałam tym co to za kawa, zwłaszcza że ja takim wielkim smakoszem kawy nie jestem. Pijam kawę gorzką z mlekiem, ale głównie z kapsułek DG. Jedna dziennie to jest max. Czasem dwie jak jest potrzeba, albo kiedy jem jakieś torty, ciasto. Lubię gorzką kawę do słodkiego jedzenia po prostu. W końcu postanowiłam przestać przyjmować do wiadomości rzeczy których nie znam, bez interesowania się tym o co w nich chodzi. Kawa bulletproof to kawa z masłem klarowanym i olejem kokosowym. Szok. Tyle tłuszczu, taka bomba kaloryczna, i to wszystko z rana? Jak może taka kawa smakować? Olej kokosowy nierafinowany i bezzapachowy zakupiłam, ale na tę kawę jeszcze się nie odważyłam. A sam olej? No faktycznie takie masło. Drogie to cholerstwo, bo płaciłam 30 zł za 200 ml. 200 ml. to wcale znów nie aż tak dużo i szybko schodzi. Jakby cena była zbliżona do ceny oliwy z oliwek to bym się na niego przestawiła, ale zniechęca mnie wszystko co ma zawyżoną cenę tylko dlatego że jest fit. Można znaleźć wiele dobrych jakościowo produktów i wcale nie muszą to być produkty eko/fit/nogluten.  Nie należy popadać w spożywczą paranoję i kupować produktów 2-3 x droższych tylko dlatego, że wszyscy mówią że te produkty są ok. Właśnie im więcej fitnesek tym więcej „lokowania produktu/marki/sklepu”. To też zauważam i to też zaczyna działać na mnie drażniąco. Jeśli jedyny sens istnienia tych profili sprowadza się do reklamowania słodkich ciastek, omletów i innych placków zrobionych na bazie hipsterskiej mąki za 13 zł kilogram zmieszanej ze smakową odżywką białkową to ja przestaję im wierzyć. Piszą, że są mięsożerne, a co fotka to ciasteczka, sosy czekoladowe itd. A wszystko w ramach sponsoringu przez konkretną markę czy sklep. Rly? Nie wiem, może ja też bym się tak łatwo sprzedawała za prezenty i gadżety tak jak szafiarki. Ale tego typu „reklama” działa na mnie raczej odwrotnie, ja nic nie kupię z tych sklepów.

A dziś kolejny tydzień, ostatni przed świętami = ostatni pełny trening. Później chwila odpoczynku, treningi bardziej lajtowe żeby odpocząć. Wreszcie zdecydowaliśmy się wymienić łóżko w sypialni na takie z prawdziwego zdarzenia, z materacem który jest wart więcej niż samo łóżko. Już się doczekać nie mogę dostawy i pierwszej nocy, wreszcie się wyśpię porządnie :) :*

 

5 lat młodsza, a ani kilo chudsza!

03 gru

Nie wiem czy ktoś pamięta jak zaczynałam, tzn. kiedy założyłam bloga i jaka idea mu przyświecała: kolejna dieta cud! A po kolejnej diecie cud porażki, załamania, powrót do starych i złych nawyków. Fast-foody, obżarstwo, alkohol, lenistwo. I tak w kółko, jak na wykresie sinusoidy. To było głupie, bo choć wszyscy mówią że 80% sukcesu to dieta, a 20% to treningi, to w rzeczywistości łapałam się rozwiązań które były trudne do wprowadzenia na stałe. Kiedyś Dukan, potem jakieś inne dziwne diety w promocji za 39,99 zł na miesiąc. Najbliższa temu jak wygląda moja żywienie dziś jest chyba w dalszym ciągu Metoda Równowagi, nawet swego czasu prowadziłam test który miał zweryfikować ile kcal jest w tych porcjach Zdrowego Extra itd. Wychodziło mi wg tych posiłków które spożywałam że jakieś 1700 kcal dziennie przy zamianie Małego co Nieco na Zdrowe Extra. Ale i tak, po dziś dzień jak ktoś mnie pyta czemu sypię tyle tego chilli odpowiadam: „profilaktycznie, jakby jednak 3D chilli działało” – choć oczywiście po prostu lubię ostre, pikantne potrawy. W sumie jakbym miała się urodzić w jakimś innym kraju i miałby to być kraj który byłby mi bliski ze względu na kuchnię to wylądowałabym chyba na Węgrzech :) – wyobrażacie sobie jakby brzmiały moje wpisy czytane na głos po węgiersku? Egeszmegesz kurczaki! :D Ew. byłyby to Włochy lub Meksyk :) (w Meksyku mogłabym być gruba z wielką dupą i ogromem cellulitu, a i tak bym się podobała facetom :P) Teraz skupiam się przede wszystkim na liczeniu kalorii, a właściwie uznałam że mniej więcej wiem ile to kalorii i nie liczę z lenistwa. Szukając pomysłu na słone przekąski, które będą „dietetyczne” zagadałam jedną z Fitnesek o kilka spraw, aż doszłyśmy do wątku: a ile Ty dziewczę żresz? Zmotywowałam się i wczoraj zliczyłam wszystkie kalorie i zweryfikowałam ile żrę. 1400 kcal około. Fitneska od razu uznała, że za mało. Że powinnam jeść by chudnąć i wcale nie dziwią ją moje wahania wagi. Przeglądając randomowe kalkulatory zapotrzebowania kalorycznego te polskie i zagraniczne, wyszło mi że moje zapotrzebowanie przy regularnym wysiłku fizycznym, siłowym bez kardio i zadyszek i generalnie bez ćwiczeń tlenowych, to jakieś 1900-2000 kcal. No i okey. Takie mam zapotrzebowanie, jakbym tyle jadła, to bym spalała tłuszcz, zamieniając go w mięśnie, ale powoli i pod warunkiem że trwałoby to dzień w dzień nieprzerwanie. Ale wystarczy otworzyć dowolny artykuł, stronę itd. o tym jak powinna wyglądać dieta redukcyjna i pisze wprost że od zapotrzebowania kalorycznego, na redukcji należy odjąć od 200-500 kcal. Biorcą pod uwagę, że ja bardzo często nadrabiam braki kaloryczne w weekend to odjęcie 500 jest jak najbardziej wskazane. Zresztą była zdziwiona czy mam ja siłę na trening? Pewnie że mam. Generalnie nie jem węglowodanów, a mimo to nie czuję się słaba ani zmęczona podczas treningów, a trenuję poniedziałek, wtorek, czwartek i sobotę. Więc sporo. Poniżej tego 1400 chyba już schodzić nie będę. Ale chcę zmienić orzechy i kabanosy, które wypełniały mi przerwę pomiędzy poranna kawą, w pracy a obiadem, na coś bardziej dietetycznego. Rozważam jakieś pasty może z jajka, ryby etc. + trochę warzyw i ze dwie kromeczki chrupkiego pieczywa. Mimo wszystko kalorie z orzechów i tłustych kabanosów to trochę za dużo jak dla osoby, która pracuje nie tylko nad samą sylwetką, ale jednocześnie chciałaby zrzucić nie mało kilogramów.

Dziś na siłowni nie wytrzymałam z ciekawości i zdecydowałam się kolejny raz spróbować sił z Tanitą – czyli tą wstrętną wagą, która prawdę Ci powie o wszystkim. Pomiar bardzo mnie zdziwił. Przede wszystkim pokazała mi kilogram więcej niż rano, ale co najgorsze pokazała dokładnie taką samą wagę jaką miałam 19 września gdy robiłam ten pomiar poprzednio! Trochę się zdziwiłam. Przecież 14 cm w pasie mniej musi się przekładać na chociaż kilogram w dół! A tu nic, zupełnie nic… Dodam, że wczoraj zmieściłam się w stare jeansy które kupiłam dwa lata temu gdy schudłam również ćwicząc na siłowni i jedząc. Gdy je kupowałam, ważyłam jakieś 4kg mnie niż obecnie. Super cudowne slim rurki z Diversa. Wchodzę w nie dziś! Są mocno dopasowane przez co trochę brzuch mi odstaje, ale cała reszta: tyłek i uda wyglądają super! Więc o co chodzi?

To już zaczyna być obsesją. Centymetr krawiecki na pewno się naciągnął, waga źle waży. Wchodzę na nią codziennie i codziennie nie wiem co myśleć o tym co na niej widzę. Jem, liczę, świruję. Za dużo jem? Za mało? To ile? Dlaczego cyferki na wadze się nie zmieniają? Czy to wina wagi? Mnie? Albo rosną mięśnie? Aż tyle?! Nie, to nie możliwe.

Co mówi Tanita?

waga: 70,3 kg
% tłuszczu:
32,8 – we wrześniu było 35,6 więc: 2,8% mniej!
kg tłuszczu: 23,1 – we wrześniu 25,0 więc: 1,9 kg mniej!
kg mięśni: 44,8 – we wrześniu 43,0 więc: 1,8 kg więcej!
kg wody: 33,5 – we wrześniu 32,1 więc: 1,4 kg więcej!
zapotrzebowanie: 1446 kcal
wiek metaboliczny: 39 lat – we wrześniu 44 więc: 5 lat mniej!

Gdyby poziom wody w organizmie był taki sam jak przy wrześniowym pomiarze, waga powinna pokazać 68,9 kg – co daje łącznie 5,8 kg mniej od wakacji. Ale czy można to tak interpretować? Wiadomo, różna faza cyklu miesiączkowego, różne stężenie hormonów więc wody więcej i waga wyższa. Pocieszam się bo te 68,9 byłoby już ładnym wynikiem.

Moje obsesje są oczywiście teoretycznie. Widzę co się dzieje, świruję, ważę, mierzę, szukam informacji i próbuję coś zmieniać, ale zawsze znajdzie się pokusa której nie odmówię. Teraz wybywamy na weekend do Krakowa. Wreszcie chwila relaksu, sobota bez siłowni. Odpoczynek. Muszę zregenerować siły. Szkoda, że ćwiczenia kardio są takie nużące. Przecież ja nawet jak rozmyślam w swojej głowie to się nudzę już po dziesięciu minutach marszu na bieżni z odpowiednim dla mojego wieku tętnem. Bleeeh…

Aaaa i dziś pobiłam swój rekord: 30 kg wycisnęłam na klatę! :*

Buziaki!