RSS
 

Archiwum - Listopad, 2015

Odrobina motywacji nie od fitneski, a od zwykłego szaraczka :)

30 lis

Dziś będzie bardzo pozytywny wpis. Chciałabym się z Wami podzielić swoim efektem… z góry przepraszam tych którym nie podoba się świecenie tyłkiem w internecie, i którzy będą zniesmaczeni faktem że pcham przed obiektyw swoją grubą dupę. Nie wiem czy śledzicie jakieś Fitneski, trenerki i sportowców na fejsbuku. Ja ostatnio mam ich coraz więcej. Część współpracuje z ludźmi online udzielając wskazówek jak jeść, co ćwiczyć, a później chwalą się postępami swoich podopiecznych. Fajnie, uważam że to bardzo pozytywne, niestety w większości przypadków są to całkiem szczupłe i zgrabne dziewczyny, które jedynie chcą mieć lepszą sylwetkę, nie walczą z otyłością i nadwagą. Myślę, że przyczyna leży w dwóch kwestiach: a) grubaski się nie zgłaszają, bo się wstydzą że wylądują na fejsiku oraz b) grubaski które się zgłosiły bardzo szybko poddały się i przestały walczyć. Zdrowe odchudzanie to nie jest utrata 1 kilograma tygodniowo jak na restrykcyjnych dietach, po których tylko czekamy na efekt jojo. Mój luby twierdzi, że jeśli miesięcznie będę gubić 1-1,5 kilograma to będzie to ładny wynik. Zdrowy, naturalny i za którym idzie zmiana sylwetki, mięśnie a nie tylko utrata tłuszczu i wody. Ale to może demotywywać, wierzcie mi. Parę razy już płakałam na siłowni, gdy kolejny raz moja waga miała wahania i było źle. Traciłam motywację, zapał i miałam ochotę rzucić to wszystko w piździec. Teraz coraz bardziej zaczyna mi się  podobać wizja mnie wysportowanej, umięśnionej, choć mój przyjaciel zaprotestował że z mięśniami nie będę kobieca i jak to tak. Ale będę. Kilka dziewczyn śledzę na bieżąco, wiem że takiej sylwetki nie uzyskam jak one, bo to lata pracy i wyrzeczeń na które wg mnie życie jest za krótkie, ale będę dążyć. Podobają mi się, są seksi. Nawet przestałam się martwić tym, że przy mojej posturze bardzo szybko znajdę się w gronie #udżilli – czyli kobiet, które prócz #zdrowadupa mają też ogromne „czwórki”.

Generalnie od września, od powrotu z wakacji nie opuściłam ani jednego treningu (nie licząc dosłownie 5 dni kiedy rozłożyło mnie okrutne przeziębienie). Jem zdrowo, ale w weekend pozwalam sobie na grzechy. I z tego względu muszę chyba nieco wyregulować swój plan posiłków i ilość kcal jakie spożywam, bo czasem przy bardziej intensywnym weekendzie nie mam spadku wagi. Po prostu całotygodniowy bilans kcal wychodzi mi na zero. Dlatego zrezygnowałam już zupełnie z masła na tym moim low carb i z porannej dawki węglowodanów w postaci pieczywa. Od teraz na śniadanie spożywam 3 kromki chleba chrupkiego. Mają razem około 70 kcal czyli tyle ile jedna kromka chleba. Reszta posiłków bez zmian, ale żeby nie kusiło mnie jedzenie chleba na kolację to również przygotowujemy gotowe pojemniki z kolacjami. Od przyszłego tygodnia luby chce abyśmy 1 dzień tygodniowo robili czysto węglowy – odpuszczając wszelkie tłuszcze, a uzupełniając zapas energii węglami. To będzie ciekawe doświadczenie, wymusi inne spojrzenie na planowanie #mealprepsunday. Ale myślę, że podołamy :) a zawsze to fajniej móc zjeść makaron choć raz w tygodniu.

Najtrudniej mam z drugim śniadaniem, teraz biorę kabanosy i marchewkę i miks orzechów, ale prawda jest taka, że to też kalorie, za dużo kalorii. Będę musiała zamienić to na kanapki z chrupkiego pieczywa, które będę komponować w pracy. Jak już kiedyś pisałam, za nic w świecie nie zjem owoców – a już zwłaszcza zimą. Trzepie mną na samą myśl o tryskającym soku z zimnej pomarańczy. Choć sam zapach uwielbiam to myśl o zjedzeniu owocu, sprawia że nie chce mi się… szkoda, że jajko tak śmierdzi – brałabym pasty i omlety do pracy.

Dlaczego motywacja? Dlaczego szaraczki? Kiedyś pisałam, że zauważyłam iż znika mi cellulit, że moja pupa się uniosła sama z siebie – znaczy no, sama z pomocą mięśnia pośladkowego wielkiego, ale że to widać, że to cieszy! Dlatego wrzucę Wam zdjęcia – co może się zacząć dziać z Waszym ciałem jak przestaniecie myśleć o odchudzaniu i ćwiczeniach jako o nudnym i męczącym kardio. Takie machanie ciężarkami jest czasochłonne, ale daje też przerwę na odpoczynek. Jednocześnie nie nudzi się tak szybko, można machać, ćwiczyć i wyciskać i nawet nie wiem kiedy zlatują mi prawie 2 godziny! Rly! Wpadamy na siłownię 17:15, wychodzimy po 19. Ja już się przekonałam.

A teraz fotki:

12279067_954264664619445_1243504160418987187_n 12075072_954264224619489_3997626650017894908_n

 

Wiem, że nadal jestem gruba – to nie o to chodzi, że chcę Wam pokazać że nagle po 3 miesiącach jestem chuda i seksowna. Bo tak nie jest. Chodzi o to, że ćwiczenia zmieniają naszą sylwetkę, poprawiają kształty. A ostatnio już prawie mi się udało wykonać poprawnie siad ze sztangą. Nie bójcie się spróbować, nawet jak na początku będzie ciężko i źle. Ja ja pierwszy raz wzięłam hantle do łapek to mi latały nieskoordynowanie każda w inną stronę. A ostatnio wyciskałam na barki hantle po 8kg! Jeszcze trzy miesiące temu jakby mi ktoś powiedział, że je podniosę i będę nimi robić 4 ciężkie serie to bym spojrzała jak na wariata. A teraz nie mogę doczekać się kolejnego progresu. A już w niedługiej przyszłości wyciskać będę sztangę z dwoma 5kg talerzami – też sobie tego nie wyobrażałam kiedyś. Ćwiczenia siłowe są naprawdę fajne. Nie chcesz chodzić na siłownię? Możesz je robić w domu.

Aaaa od dziś dołożyłam sobie jeszcze jeden wysiłek fizyczny 20-30 minut rano po przebudzeniu na brzuch i pupę. Kazałam lubemu kupić matę i dziś ćwiczyłam pierwszy raz. Brzuch i pupę czuję nawet teraz siedząc w pracy. Ale to fajne uczucie. Trzeba, trzeba, trzeba. Jak w sobotę spotkałam się ze znajomymi to wszyscy byli zdziwieni efektami (długo nie umieliśmy się zgadać na jakieś spotkanie, także z dwójką już się nie widziałam dwa miesiące, z jednym mniej bo odwiedzałam czasem). Tak. 13 cm w pasie mniej. Tak, lepsza sylwetka. Tak, jędrniejszy biust który też trochę zmalał. I na hasło „wszyscy czekają na efekt jojo” uśmiecham się przebiegle – tym razem zmieniam nie tylko swoją wagę, ale i całą siebie. Nie poddam się i nie będzie efektu jojo.

Życzę Wam wszystkim tyle radości i siły!

:*

 

Pot, krew i łzy i ja – księżniczka na ziarnku grochu.

22 lis

Jak chodziłam do szkoły, kiedy jeszcze byłam atrakcyjnym chudzielcem z całkiem sporym biustem, wówczas moje podejście do ludzi i wielu spraw z życia codziennego było nieco inne. Chyba za to los dał mi teraz po dupie. Miałam taką przyjaciółkę, która od zawsze była gruba i niska. Taka kuleczka. Ładne miała oczy. Ślicznie się malowała. Lubiła tańczyć i śpiewać. A gdy się kłóciłyśmy mówiłam sobie i wszystkim wokoło, że gdybym ja miała taki problem (w domyśle: była gruba) to coś bym z tym zrobiła. Wydawało mi się wtedy że to takie łatwe trochę się poruszać i nie wpierdalać. Teraz dopiero rozumiem, że to nie jest wcale proste, a te młode lata po prostu zmarnowałam i teraz mam tego konsekwencje. Celulit, obtłuszczone organy, fet, krzywa postawa. Niczego nie umiem zrobić. Polecenia na siłowni wydają mi się tak bardzo niezrozumiałe. Dól pleców mam za mocny, brzuch za słaby i postawę kaczki. Ta pewna siebie dziewczyna, pyskata, bojowa i odważna odeszła na drugi plan. Prawie zniknęła. Teraz wszystkiego się wstydzę i boję, a gdy mam robić coś nowego po prostu mnie paraliżuje. Przysiadów ciąg dalszy i te same problemy. Jak już trzymam plecy prosto i łopatki ściśnięte to kolana idą do środka. Nie schodzę nisko, pochylam się do przodu. Ciągle coś… mam wrażenie, że nie nauczę się tego nigdy. W dodatku ciągle coś jest nie tak, nie wiem czy z dietą czy ogólnie z moim organizmem. Waga ciągle skacze. W pasie w obwodzie zgubiłam już koło 12 cm, ale tylko gdy mierzę się na czczo po przebudzeniu. Potem zawsze mam kilka cm więcej. Ćwiczę cztery razy w tygodniu, bez marudzenia i ociągania się. Jem głównie to co przygotowujemy w ramach #mealprepsunday. Nie jadam węgli poza pieczywem rano. Teoretycznie taka ilość wyrzeczeń powinna spowodować spadek wagi o wiele większy i o wiele bardziej zauważalny. Czemu nie chudnę 4kg miesięcznie? Nie wiem czy szczupła sylwetka jest mi pisana. Ale robię dalej to co robiłam, wierzę że za jakiś czas, za parę miesięcy będę się czuła dobrze we własnym ciele.

A czemu księżniczka na ziarnku grochu? Wszystkie te maszyny i rurki na siłowni to dla mnie cierpienie niczym to ziarnko. Bolą mnie dłonie czego bym się nie chwyciła. Mimo tego, że mam rękawiczki treningowe. Po prostu coś jest nie tak ze mną. Mam już odciski na dłoniach, potem schodzi mi skóra. Nie umiem tych przyrządów złapać tak by nic mnie nie dolało, nie dokuczało, nie było trudnością. Wkurzam się, złoszczę i denerwuję.

P.S.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią zrobiliśmy z lubym te zdjęcia. Ale nie będę na razie nic zamieszczać, bo nie ma nawet z czym tego porównać.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Codziennik

 

Chamstwo na siłowni!

13 lis

Ostatecznie w środę nie było przysiadów ze sztangą. Ale nie dlatego, że się poddałam tylko dlatego, że nasza siłownia była czynna jako jedyna w mieście. Ludzi tylu w jednym czasie to chyba jeszcze na tej wielkiej sali nie widziałam. Ale niestety im więcej ludzi tym łatwiej o przypadki chamstwa. Po rozgrzewce na orbitku chcieliśmy zacząć od martwego ciągu, a potem przysiady. Przy klatce HES krążył jeden jegomość, już go widziałam kilka razy. Generalnie nie oceniam ludzi po wyglądzie, ale wyraz twarzy miał z cyklu „nie podoba się, to Ci przypier***”. A potem się okazało, że to nie tylko wygląd…

Klatka to taki fajny plac zabaw, wybaczcie że nie będę pisać fachowym językiem, są na niej drążki, sznurki, uchwyty by nisko lub wysoko zawiesić sztangę, taka rura do której się jeden koniec sztangi wsadza żeby robić „wiosłowanie” – generalnie fajna sprawa. Podchodzimy i pytamy kolegę czy dużo mu zostało bo chcielibyśmy sztangę i tu poćwiczyć, on że dużo. No to pytamy czy możemy jakoś na przemian serie robić, no bo przecież nie ćwiczy cały czas. Właściwie kiedy go zapytaliśmy o to, stał z drugiej strony klatki i wcale nie wyglądało że sztangi używa. Na co najpierw rzekł, że nie, a potem że ewentualnie możemy o ile nie będziemy mu ściągać z niej talerzy. A na sztandze 2x20kg plus sama sztanga też 20. Na takim etapie to ja nie jestem, a myślę że i mój luby by 60kg na martwy nie wziął. No to nic, we wspomnianą wcześniej rurę była wsadzona druga sztanga i sobie leżała odłogiem, uznaliśmy że jakoś się tam z martwym zmieścimy. Ale gdy luby tylko po nią sięgnął ów buc zaczął warczeć, że tej sztangi on też używa. Spytaliśmy czy żartuje? On, że nie. Robi trening obwodowy i używa wszystkiego dookoła tej klatki. Dawno nikt mi tak nie spieprzył humoru jak buc na siłowni klubowej, który w dzień gdy jest największy tłum – traktuje sprzęt jak swoją własność. Tak się we mnie zagotowało, że przy okazji napełniania bidonu napojem powiedziałam o tym dziewczynie w recepcji. Ale nie zrobiło to na niej jakiegoś szczególnego wrażenia. Buc ćwiczył ten swój trening przez godzinę czasu jaki my też byliśmy na siłowni, a był tam już przed nami. Nikt więcej z HESa skorzystać nie mógł. A w przerwach między seriami paradował jak lew wokół swojego terytorium z miną „podejdź no a zginiesz marnie”. Generalnie tak mi to straszliwie obrzydziło trening, że nawet się cieszyłam że siady będę robić z hantelkiem.

Ale oczywiście to nie koniec historii. Ci z Was którzy chodzą na takie klubowe siłownie to na pewno widzieli karteczki powieszone na ścianie, słupach itp. że ciężary należy po sobie posprzątać? No to dodam jeszcze, że gdy buc poszedł na trening kardio, to cały ten syf w postaci obu sztang z talerzami, hantli i kettelków zostawił po sobie porozpieprzane po podłodze wokół klatki. Serio. Niektórzy nie mają za grosz kultury i żałuję że się nie da takim ludziom dać bana na wstęp.

12189622_944815125564399_4163671518584445777_n

To takie moje spostrzeżenie na temat tego, czego nie robić na siłowni. My po sobie zawsze odkładamy talerze, hantelki i sztangi.

A tak poza tym, to dziś odważyłam się zrobić pomiar obwodów tzn. głównie pasa, bo uda, ramiona i biodra nie spadają tak mocno, zresztą jak się pupa powiększa i mięśnie to tego tak nie widać. Ale w pasie mam już 11 cm mniej w 3,5 miesiąca. (ale tak jak podkreślałam już wcześniej z weselami, wakacjami itd.). Słyszałam że bez kardio minimum 40 minut na trening, to nie będę chudnąć i faktycznie, waga się mało zmienia. Ale dziś już ostatecznie i oficjalnie zapadła decyzja, że jutro rano luby robi mi zdjęcia, żeby było co porównywać. Bo ja już obsesyjnie mam wrażenie, że na zewnątrz nikt tych zmian nie widzi tak jak widzę je ja.

Ale dałam radę. W środę i wczoraj treningi były naprawdę mocne. Zapisujemy ciężary w zeszycie i będziemy mierzyć progres. Chciałabym kiedyś móc wycisnąć coś więcej na klatę… ^^

Pamiętajcie, że grunt to znaleźć motywację, albo Motywatora… mi mój luby bardzo pomógł uwierzyć w siebie. Choć wciąż jeszcze mam opory np. z wiosłowaniem na barki, tzn. takim że się klęczy na ławeczce na czworaka… bo ta wypięta w kierunku nie-wiadomo-kogo pupa to nie jest chyba coś co mi dodaje pewności siebie. Ale staram się nie zachowywać jak dzikus, próbuję…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii O mnie, Sport