RSS
 

Archiwum - Październik, 2015

Ziewam, idzie jesień…

13 paź

No dobra… wczoraj było krótko, smutno i bezsensu. Wszystko przez ten pierwszy śnieg (z deszczem) i generalnie pesymistyczną, zimną pogodę. Mam od jakiegoś czasu ciągle płacz na końcu nosa, zwykle jestem smutna, przybita i zamyślna. Zaczyna się depresyjna pora roku, która powoduje, że nic mi się nie chce prócz grzańca/herbaty/kakao i kocyka i domowego ciepła. Nie chce mi się nic oglądac, czytać, robić. Po prostu mam lenia i depresję – 2 w jednym. Z tą wagą to oczywiście cała prawda, jak się ważyłam 10 października to pokazała 71 kg (choć wcześniej optymistycznie schodziła nawe do 68 kg) czyli generalnie przez cały miesiąc nie wydarzyło się nic prócz skoków i wahań które ostatecznie doprowadziły mnie na powrót do wagi z początków września. Dlatego przestało mi się chcieć, ale przestało tylko w takim sensie, że nie mam motywacji i nie sprawia mi to frajdy, bo w sobotę byłam na siłowni i dziś również idę. Luby pilnuje, wie o moich zgrzytach z wagą, ale twierdzi że przesadzam. wydawało mi się, że jak 5 dni w tygodniu jem zdrowo i 4 dni w tygodniu ćwiczę na siłowni, to nawet jak w weekend pogrzeszę to nic się nie stanie. A dzieje się tak jakby mój organizm po prostu uparcie mi wmawiał, że 70-71 kg to jest waga poniżej której on nie chce zejść. Pewnie że piłam czasem piwo i że jadłam pizzę, ale bez przesady. Nigdy nie ćwiczyłam tak dużo, tak często i tak regularnie…!

Trochę mi się nastrój poprawił dziś rano. Bo prawda jest taka, że jak się budzę to widzę zmiany. Bo brzuch mam mniejszy, bardziej płaski i czuję się szczuplejsza. No więc sięgnęłam co cm krawiecki żeby sprawdzić jak się w tym pasie mają moje centymetry. Jakież było moje zdziwienie jak pomiar z 23 lipca był o 9 cm większy niż pomiar z dziś. Czyli to nie jest tak, że spodnie mi się rozciągnęły tylko ja naprawdę straciłam w obwodzie dziewięć centymetrów! I to w półtorej, niecałe dwa miesiące bo z sierpnia trzeba odjąć 2 tygodnie w Egipcie, kiedy nie ćwiczyłam i nie jadłam zdrowo i cały czas piłam alkohol.
W niedzielę robiliśmy sobie kąpiel we dwoje i jak stałam naga w łazience, to luby sam zauważył że mi się pośladki podniosły. Znaczy, że widać tylko ja mam jakąś obsesję maniakalną? Może liczyłam na szybki cud, może ten czas płynie szybko, ale wciąż jednak za wolno bym już mogła zobaczyć te efekty takie mocno rzucające się w oczy? Pewnie tak… w końcu luby doszedł do wniosku, że najpewniej weekendowe grzeszki powodują, że mój bilans kaloryczny na przełomie tygodnia/miesiąca wychodzi na poziom utrzymania wagi, a obwody się zmniejszają bo zwiększa się masa mięśniowa, która nie zajmuje tak dużo przestrzeni… twierdzi też, że lepiej iż chudnę powoli i wszystko się toczy zdrowym tempem, bo przynajmniej nie zostanę ze zwisającymi fałdami skórnymi. Ale ja się cały czas boję, że będzie tak jak wiele razy w dawnych latach i chociażby od czasu kiedy zaczęłam pisać tego bloga. Czas będzie leciał do przodu, a za kilka miesięcy ja wciąż będę w tym samym punkcie. A nie chcę!

Tak bardzo nie chcę, jak bardzo kocham pizzę i spaghetti. Tak bardzo nie chcę jak bardzo nienawidzę wysiłku fizycznego. Taka ta moja niechęć przewrotna w skutkach…

No nic… może te centymetry są prawdziwe i wcale nie rzuciło mi się na oczy ani nie pomyliły cyferki. Może nie powinnam wchodzić na wagę. Może czas powinien płynąć, a ja powinnam znaleźć w sobie więcej siły?
No cóż, mam nadzieję że na Was jesień nie wpływa tak deprymująco. Oczy mi się same zamykają, najchętniej poszłabym spać.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, O mnie, Sport

 

Człowiek się poświęca, tylko po co?

12 paź

Dawno nie pisałam, wszystko przez to że moje morale trochę spadło. Oczywiście #prepmealsunday kontynuowaliśmy 4 października, lecz wczoraj już nie… dlatego że oboje z lubym umoczyliśmy jęzory w sobotę i wczoraj byliśmy umierający na kaca. Kac trzymał do samego wieczora. A dlaczego spadło morale? Bo na koniec października moja waga pokazywała dokładnie tyle samo co na początku, w cm też niewiele mniej, więc nie wiem co się dzieje. Nigdy nie rezygnowałam z tak dużej liczby rzeczy, nie pamiętam czy kiedykolwiek był taki miesiąc, że chodziłam na siłownię 4 razy w tygodniu bez marudzenia i ociągania się. A tu nic, zero zmian, zero spadku, raz miałam 68, potem wszystko wróciło do okolic 71kg i nic… Prawie się popłakałam teraz w sobotę na siłowni. No dobra, nie prawie tylko łzy mi same popłynęły bo w końcu powiedziałam lubemu prawdę: nie wiem po co to wszystko, ani jakie ćwiczenia chcę robić, bo nie chcę żadnych, już mnie to wkurza, męczy i irytuje – nie spada mi waga. Wszystko jest bezsensu.

On poszedł na koncert, ja siedziałam w domu i coś mnie tchnęło by jednak wyjść w sobotni wieczór. Koło północy, z bratem i jego znajomymi. Tęgi balet do prawie 6 rano, luby nawet do nas dołączył. A dziś smutek i wyrzuty sumienia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Codziennik, Marudzenie, Sport