RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2015

Zwolnienie z WF-u

07 sie

wf

Kiedyś już o tym pisałam, że dla mnie wychowanie fizyczne to było piekło, a mimo to że mam już 29 lat bywają takie noce, że śni mi się gimnazjum tudzież ogólniak, i że zawalam cały rok z powodu nieobecności i „braków stroju” na WF-ie. Gdy wczoraj zobaczyłam ten obrazek w internetach, od razu przyszedł mi do głowy pomysł by napisać skąd i dlaczego. Po prawdzie, całkiem niedawno po małej imprezce, dobijaliśmy się z lubym szklaneczką whisky (czystą bo coca-cola to zło, a „zero” nie smakuje z whisky) – to rozmawialiśmy o tym, opowiadałam mu jak to było ze mną i skąd się wzięła ta moja niechęć do ćwiczeń.

W podstawówce było tak, że nie mieliśmy podziału na płci, tzn. szatnie były podzielone, wiadomo. Ale zajęcia już wspólne. Zaczęło się od tego że mimo iż byłam chuda jak patyk to miałam jak na swój wiek zdecydowanie za duże piersi, a chuda byłam tak bardzo, że dziadzio patrząc jak pochłaniam obiad twierdził – „to musi być tasiemiec”. Podstawówka, końcówka czyli około 12 lat to już sami wiecie – okres dojrzewania. Serio nie było nic przyjemnego w bieganiu po sali gdy te dwie nieszczęsne półkule na klatce piersiowej falują, a chłopcy zaczynają to zauważać. Mój zapał do wf-u był tym mniejszy im bardziej dawały mi się we znaki te komentarze. Często zapominałam stroju, jak przyszedł pierwszy okres to miałam idealną wymówkę żeby się nie przebierać – w końcu nikt mi w tym stanie nie każe się męczyć bo jeszcze dostanę krwotoku… gówno prawda. Teraz zapieprzam na siłowni czy to okres czy nie. Ale te liczne niedysponowania były jednoznaczne z tym, że umiałam mniej. Z miesiąca na miesiąc, z rok na rok – bo mój proceder niećwiczenia jak się zaczął w podstawówce tak trwał do końca liceum. Niedawno SlimDream pisała o skoku tygrysim. Wtedy też przypomniało mi się nieco więcej z zajęć jakie my mieliśmy przez te wszystkie lata. Wiadomo, wszyscy w klasie najbardziej lubili gdy wf to była gra w kosza, siatę, nogę, ręczną lub ostatecznie w hokeja na parkiecie. Ja w gry byłam słaba, ręce miałam wiotkie to nawet się nie domyślajcie jak mi szło serwowanie, bo nie szło kompletnie. W kosza byłam kiepska bo pojęcie „dwutakt” zawsze mi się myliło, nigdy nie wychodziło,  a do kosza trafić to już jakiś koszmar… W nogę każdy grał jak grał więc to był sport w który ostatecznie mogłam grać, o ile nie stawiali mnie na bramce. Refleks mam szachisty.

Ale oprócz grania były też normalne zajęcia, jakieś gimnastyczne i rozgrzewki. Robiliśmy przewroty, skoki przez kozła i wiele innych. Do dziś nie umiem zrobić poprawnie przewrotu w przód czy w tył. Dlaczego? A no bo jak przychodziło do oceniania, to nauczyciel miał w czterech literach, że robię krzywo i źle. Dostawałam 4, bo nie było idealnie, ale nie 3 ani niżej żeby mi nie było smutno. Nie tylko ja tak miałam, wiele osób którym zwyczajnie ten wysiłek fizyczny nie szedł. Tacy wuefiści z powołania. Po co się skupić na dzieciach, które sobie nie radzą jak można odwalić robotę, podzielić na grupy i zagwizdać. Teraz jak ćwiczę to sporo czasu zajmuje mi ogarnięcie o wykonanie jakiego ruchu chodzi mojemu lubemu gdy tłumaczy mi nowe ćwiczenie, a często wydaje mi się że robię je dobrze choć wcale tak nie jest.

Martwy ciąg „na prostych” okazał się być jedną z takich rzeczy, której po prostu nie ogarniam. Z tymi plecami, nie zginaniem nóg, ale jednocześnie pochylaniem się i dupą do tyłu. Próbowałam kilka razy skoncentrować ciało – mam wrażenie że każda część mnie robi co jej się żywnie podoba, a nie to co ja bym chciała. Podobnie jest z przysiadem, co ostatnio zaczęło mnie mocno irytować. A mianowicie to żeby kolana przy siadzie nie schodziły się do środka tylko na zewnątrz. Kurka wodna, wierzcie mi robię co mogę – one są ponad mną – myślę że wywalczyły suwerenność od reszty ciała już dawno dawno temu. No i po dziś dzień robię przysiad z hantlem i to tylko jednym, trzymanym oburącz na wysokości klatki piersiowej. Z dwoma mam problem z utrzymaniem pionu. A ze sztangą próbowałam i podobno robię źle. Pochylam się do przodu za bardzo i robię siad nogami zamiast dupą, generalnie źle, źle, źle! Mam tak. Boję się zrobić ten siad prosto bo mam wrażenie że mnie ta sztanga przeważy do tyłu i się wywrócę z nią, a pół siłowni umrze ze śmiechu. W ogóle od pracy biurowej, siedzenia przy stole nad kompem to mam podobno mocniejszy dól pleców na odcinku lędźwiowym, ale kompletnie słaby brzuch (spowodowany również wypadkiem – pocięciem brzucha na sali operacyjnej). Przez to mam posturę takiej trochę kaczki. Znacznie wcześniej się zaczynam, niż się kończę. Często mam tak, że mnie wszystko na tej siłowni boli. Jak robimy łydki na skrzyni stając na palcach na krawędzi to mnie boli palec u stopy – mam wrażenie, że mi się tak jakoś bezsensownie wygina i nie umiem go ułożyć tak by był normalnie. Jak robimy brzuch „po muzułmańsku” (nie wiem czy tak się to nazywa) to bolą mnie łapki gdy ciągnę linę bo nie umiem tych palców ułożyć tak by nie cierpły. Ja po prostu jestem masakryczną kaleką. Jakbym wiedziała, że to będzie mieć takie konsekwencje w moim życiu to bym jakoś zniosła te cholerne cycki na wf-ie. A tak? Czasem się wkurzam, czasem zniechęcam za bardzo. Jak idę na siłownię po pracy i coś mi nie wychodzi, to już przez całą resztę treningu jestem zła na wszystko.

Co robić? :(

 
 

Eat clean & no gluten

06 sie

Dzisiaj będzie trochę nudno i pewnie przydługaśnie, ale z napisaniem notki na temat żywienia biję się już od pewnego czasu. Chyba od momentu gdy zaczęłam dokładniej śledzić fejsy i blogi Fitnesek i czytać na temat dietetycznych posiłków na śniadanie/obiad/kolację. Ostatecznie zdecydowałam się, bo wczoraj podczas treningu dostrzegłam dziewczynę z łapami do pozazdroszczenia, w koszulce z pięknym napisem: „Eat clean train dity”. Ohh! Pierwsza moja myśl była TEŻ CHCĘ TAKĄ! JUŻ! NATYCHMIAST! A potem troszkę zmieniłam zdanie, hasło podoba mi się nadal ale z przodu tej koszulki dziewczę miało reklamę sklepu z odżywkami. Nie wiem jak „eat clean” (w domyśle zdrowa, czysta, nieprzetworzona żywność) ma się do sproszkowanych odżywek białkowych ze sztucznie wygenerowanym aromatem wanilii, czekolady albo orzechów czy pistacji, ale sorry… to chemia i przetworzone żarcie w takim stopniu, że mnie mdli na sam widok tego proszku. Kilka puszek mam w domu, bo mój Nieślubny Znajomy niegdyś zajadał się wszystkim. Niedawno mi tłumaczył, że część z tego w ogóle nie działa i sprzedawanie tego czy zachęcanie przez trenerów to zwykły shit, nie pamiętam które to były substancje bo jest tego cała masa, inna sprawa że wszędzie zalecają znacznie większą dawkę niż to rzeczywiście jest wymagane. Ale na tym się nie znam. Z czym mi się kojarzą sproszkowane białko o słodkim smaku? Ze słodkim żarciem! Bleeeh! Czytając masę przepisów tej czy tamtej osoby można zauważyć że wszędzie warto dodać sproszkowane coś-tam. Generalnie zamiast zjeść jogurt waniliowy lepiej dowalić sproszkowanego, czystego białka. Rozumiem, że ta zasada dotyczy zwłaszcza tych, które/którzy chcą robić sylwetkę na pokaz, ale czemu tymi odżywkami są zasypywani we wszystkich propozycjach biedni szarzy ludzie?

Większość blogów czy profili na fejsie które czytałam, to kobiety deklarujące bycie mięsożercą. W ogóle dla nich krowa i bekon to najwspanialsze żarcie. Ale miliard pięćset sto dziewięćset wpisów to oczywiście ciasta, ciasteczka, babeczki, batoniki, serniczki, galaretki, budynie… zaraz się porzygam. Serio? Czemu nikt nie pisze przepisów na wołowinę, wieprzowinę, schab, mielone, kurczaka… Aaa! Bo wszystkie „trzymają michę” czyli żrą ryż + warzywa + chude białko – kurczak, indyk, ryby. W tych samych przyprawach, tak samo nudnie. Mój luby miał rację – żeby jeść coś takiego tyle czasu trzeba mieć naprawdę mocną psychikę. Ja nie mam. Dlatego moje jedzenie zostało w znacznej części pozbawione węglowodanów i wcale nie żałuję, czuję się bez nich mniej ospała i mniej ociężała. Węgle jem na śniadanie w formie pieczywa i w formie płatków na drugie śniadanie. I przestałam zapychać się suchymi owsianymi płatkami bez niczego, kupuję dowolną mieszankę musli czy crunchy, a czasem nawet miodowe kółeczka (produkt Auchan, smakują identycznie jak Cziriosy a są dużo tańsze). A jak mam głód i potrzebę to i na obiad bądź kolację zjem ziemniaka czy jakiś ryż/makaron. Ale zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Za to nie odmawiam sobie tłuszczy np. w postaci żółtego sera. Jak już robimy burgery bez bułki i sałatkę to chociaż z przepysznym chedarem do tego! Jak leczo to z chudą wołowiną i odrobiną tłustej kiełbasy, ale takiej która w składzie ma powyżej 85% mięsa. Jestem mięsożercą i czuję się świetnie jedząc mięso. Mogę wyrzec się wszelkich słodyczy, dla mnie mogą one nie istnieć.

Czasem człowiek tak ma, że budzi się i czuje przypływ genialnego pomysłu! Ja też tak miałam dwa dni temu i nadal jeszcze jestem w euforii tego na co wpadłam. Być może niedługo poznacie mnie z trochę innej strony, mam taką nadzieję – może nawet odmienię nieco Waszą kuchnię. Natchnęła mnie tym autorka jednej ze stron na fejsie, ale nie związanych ze sportem czy fitnessem. Chodzi o przyprawy. Wchodzicie do sklepu czy innego markietu i co? Kamis, Prymat + produkt lokalny markietu. I tyle. A jak chcecie kupić wodę mineralną to trudno wśród niebieskich i zielonych etykietek odnaleźć tę jedną, bo firm i marek jest tak wiele. O ile w zwykłych ziołach pewnie nie trzeba się doszukiwać jakichś istotnych spraw (choć niedługo wspomnę dlaczego w temacie wisi „no gluten”) o tyle gotowe mieszanki przypraw to już trzeba wybierać ostrożnie. Większość z nich zawiera dużą ilość soli, która stanowi jeden z ważniejszych składników. A np. przyprawa do skrzydełek Kentucky kosztuje 1,79 zł i na kg skrzydełek (które kosztują 4 zł) należy zużyć całe jej opakowanie wg producenta! A co gdyby były przyprawy bardziej wydajne? Trochę droższe, ale naturalne i aromatyczne? Długo zachowujące świeżość, a mieszanki specjalnie skomponowane nie zawierałyby soli i chemii? Czy byłybyście w stanie zapłacić 5-6 zł za paczuszkę 2x większą od Kamisa czy Prymatu ze świadomością że kupujecie coś dobrego, zdrowego? Bo ja mam dwie takie przyprawy, czosnkowo-ziołową do masła (która świetnie nadaje się również do mięs) i czubricę pieczarkową. Każda z paczuszek miała po około 30g (Prymaty mają po 15g.) i mam je nadal choć używam ich dość często. Są ciągle świeże, pachną bardzo intensywnie. Co gdybym oprócz promowania i sprzedaży takich świeżych ziół prezentowała także przepisy i zdjęcia z pomysłów na potrawy które przyrządzam w domu?

Oczywiście zanim podejmę się takiego wyzwania i zamagazynuję w domu potężną ilość przypraw na sprzedaż, będę też musiała rozeznać rynek. I właśnie „no gluten” wkracza teraz do akcji. W kwestii samego glutenu jestem najgorszym laikiem wiem tylko że to jakieś roślinne białko które występuje w zbożach. I na tę moją wiedzę taki oto hit internetu!

 bazylia

Jak to bazylia bez glutenu? Bazylia nie jest zbożem, to skąd ma go mieć? Generalnie równie dobrze można by w CCC sprzedawać „Sandały damskie na koturnie bezglutenowe” i zaraz by się na to rzuciły osoby, które myślą że wiedzą wszystko o odżywianiu, a  gluten im szkodzi. Mi nie szkodzi. Ja się czuję fantastycznie po glutenie! Za dziecka chodziłam po wsi i zbierałam na wpół świeże nasiona pszenicy i wpierdzielałam na surowo. Nic mi nie jest, po glutenie czuję się fantastycznie! Rozumiem, że ktoś może mieć problem z jego spożywaniem, ale żeby cały świat namawiać do porzucenia glutenu? Mam wrażenie, że to jakaś cicha wojna wypowiedziana rolnikom żeby ich wygryźć z dotacji unijnych. Dodam, że ja się fatalnie czuję po jajkach. Myślę, że wszyscy powinniście zrezygnować z jajek. Te białko kurze źle działa na Wasz organizm, cerę i włosy. Niektórzy w podobny sposób piszą o laktozie namawiając ludzi na porzucenie nabiału. Serio?

Dodam pół żartem pół serio, że czasem czuję się też fantastycznie po glutaminianie sodu! Język aż szczypie jak się kupi w Albanii chipsy ichniejsze, gdzie jeszcze nie wparowała UE ze swoimi przepisami ograniczającymi stosowanie glutaminianu.

Ludzie nie dajmy się zwariować. Jak można powiedzieć, że zdrowe są odżywki białkowe, ale zniechęcać ludzi do spożywania nasion albo mleka? Ratunku. Trzeba jeść normalnie i wszystko. Życie polega na tym, żeby sprawiać sobie przyjemności, a nie tylko na pokonywaniu życiowych przeszkód i wyzwań. Chciałam pizzę? Zjadłam pizzę na mące z glutenem i laktozą w serze! I było mi z tym cudownie. Pewnie autorytetem nie jestem, bo ciągle jestem grubaską. Ale gdybym miała stosować się do tych zasad i zaleceń o jakich piszą fitneski – a one często bywają inspiracją, to pewnie bardzo szybko mój organizm by się poddał. Minął miesiąc bez wyrzeczeń, miesiąc 3-4 wizyt tygodniowo na siłowni, miesiąc ćwiczenia z wolnymi ciężarami. Miesiąc gdzie dziewczyna która nie umie podnieść pustej sztangi podnosi już sztangę +10 kg. Robię martwy ciąg, przysiady z obciążeniem, rozpiętki i masę innych ćwiczeń. A to dopiero początek…!

Z osób które czytuję, a która pisze najbardziej z sensem – polecam Wam wszystkim Martę Okuniewską, zwykle wesoły uśmiech wita na mojej twarzy jak czytam jej słowa.

P.S.

:* liczę że nie wywołam gównoburzy swoim swobodnym podejściem do glutenu i laktozy ;)

 
 

Rekord w trójboju siłowym

03 sie

Mój luby tak mi dokucza, że wkrótce pobiję rekord: sumuje ciężar jaki wyciskam na klatę, robię z przysiadem i na martwym ciągu. Oczywiście w takim pozytywnym znaczeniu te docinki, bo w sobotę pokochałam wyciskanie sztangi na klatę bo wreszcie przestałam machać pustym kijem. W sumie całkiem miło mi się zrobiło jak zaczęłam szukać talerzy 1,25 kg i 2,5 kg a niektórzy Panowie na siłowni mi w tym pomagali (mamy stojaki z talerzami w kilku miejscach + u nas ciągle ktoś nie sprząta sprzętu po sobie). Oni nie są tacy straszni jak by się wydawało. A ja pobiłam swój rekord. Robimy dużo serii z mocniejszym obciążeniem po mniej powtórzeń i dałam radę zrobić z talerzami 1,25, potem 2,5, potem 3,75 a ostatecznie wycisnęłam talerze 5kg! :) Zaczynam rozumieć dlaczego to facetom taką frajdę sprawia.

Moja waga w nd rano pokazała 69,7 kg. Ale to dlatego, że trochę zaszaleliśmy z whisky z sob/nd i trochę mnie odwodniło, ale dziś już ten 1 kg więcej. Natomiast jestem już bardzo bliska zajścia poniżej tej bariery 70 kg która nie chciała zniknąć. 70,7 kg tyle wyświetliło się dziś, a to przecież początek tygodnia – w tygodniu najłatwiej jest wytrwać w zdrowym odżywianiu, bo nie ma czasu na pokusy. Ale i tak trening siłowy o wiele lepiej działa na spalanie tkanki tłuszczowej niż te shitowe kardio. A trzeba wziąć pod uwagę, że ja miałam sporo imprezowania od tego 6 lipca do dziś. Panieński kumpeli, kolację rodzinną i wesele znajomych. Czyli alkohol był, czasem jakiś wypad na piwko i do tego przynajmniej 2x pizza i 1x kebab z tego co pamiętam. Także nie jest tak, że definitywnie się głodzę i trzymam diety. Do tego przestałam tak demonizować tłuszcze. Jem masło, oliwę i sery a także tłuste mięsa. Po prostu unikam łączenia tego z węglami co przychodzi mi całkiem łatwo. Dziś mam na obiad tagiatelle zwykłe białe te świeże z Lidla z szybką parmeńską czosnkiem i pesto bazyliowym. Uwielbiam! Jeśli chodzi o jedzenie to urodziłam się Włoszką! ;)

4 kg – tyle w miesiąc, jeszcze został ten tydzień i następny a w sobotę wylatujemy na wakacje. Plany się nieco pozmieniały z powodu cen biletów lotniczych do Gruzji i ostatecznie lecimy we czwórkę do Marsa el Alam nurkować z delfinami, żółwiami i krowami morskimi. Mam nadzieję, że wszystkie te morskie stworzenia dane mi będzie zobaczyć, bo kocham zwierzęta i kocham przyrodę. Chcę tego doświadczyć. Miałam w ogóle napisać taki dość rozwlekły post na temat wszystkich poczynań jakie podjęliśmy w celu znalezienia odpowiedniego hotelu, ale może zrobię to po prostu po powrocie. W internecie jest niesamowita ilość hejterskich komentarzy napisanych przez niezadowolonych polaczków… znajomy trafił na artykuł, który doskonale tłumaczy skąd to nastawienie i czemu nie czytamy co kupujemy i czym jest AI (all inclusive). Także myślę, że po powrocie napiszę swoje odczucia względem tego jak było i tego co piszą w internecie ludzie. Bo to może w przyszłości pomóc niektórym w wybieraniu oferty i nie sugerowaniu się tym co niektórzy piszą. Z innej beczki: czy się boję? Nie, ani trochę. No może… ale nawet Niemiec z depresją rozwalił samolot w Alpach więc wszystko się może zdarzyć, nawet w cywilizowanym kraju. Marsa el Alam to dziura na pustyni, nie ma tam cywilizacji i nie wierzę, że ktoś będzie nas chciał zaatakować. Warto podkreślić, że zaatakowano turystów w Tunezji, zaatakowano Turcję, a biura podróży wycofały loty do Egiptu, a do tych dwóch krajów latać można cały czas. Chcę zobaczyć rafę i zanim wojna islamska wybuchnie na dobre, zamierzam to zrobić.Także spodziewajcie się obszernej relacji gdy wrócę, a nie będzie to prędko by dopiero 30 sierpnia!

Tymczasem biorę się za pracę, później za trening bo moc jest! :*

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Codziennik, O mnie