RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2015

„Moja fitneska…”

24 lip

… tak mi wymruczał do ucha przed snem kilka dni temu. Dźwięk jego głosu nadal brzmi mi w uszach. Ale nie o tym będzie dzisiaj, nie będę sobie aż tak bardzo słodzić. No, dobra… może troszkę.

Dziś rano waga wyświetliła 71.0 kg! Czyli 3,7 kg mniej od 6 lipca kiedy ważyłam się poprzednim razem. Oczywiście za namową niektórych osób przymierzyłam się też do mierzenia obwodów. Pierwszy raz zmierzyłam wszystkie 6 lipca właśnie, drugi raz dwa dni temu. I już wiem dlaczego wolę się ważyć i tym centymetrom krawieckim zwyczajnie nie wierzę. Schudłam prawie 4 kg, a każdy obwód miałam o centymetr większy! Pewnie się okaże, że źle to robię, albo nie zawsze mierzę dokładnie w tym samym miejscu, ale chyba już nie chcę się mierzyć. Wystarczy mi waga, bo są efekty.

Chciałam dziś trochę napisać o cellulicie. Jakiś czas już żyję w świadomości, że pomarańczowa skórka to nie jest problem grubych osób, ale również chudzielców. Idealny obraz tego widać było na basenie, na świeżym powietrzu gdy połowa szczupłych Pań świeciła brzydką, pomarszczoną skórą na pośladkach i udach. Ja wcześniej go u siebie nie zauważałam, to znaczy albo nie miałam, albo był taki niezauważalny, albo ja taka ślepa. Dopiero rok temu go zauważyłam i od razu znienawidziłam… Ale wczoraj stała się rzecz dla mnie zaskakująca. Poszliśmy z lubym na balkon zapalić papierosa. U nas w mieszkaniu (mieszkamy, na 4tym – ostatnim piętrze) jest gorąco i brakuje powietrza, więc jeśli tylko nie spodziewamy się gości tudzież rodzicielskiej kontroli to chodzimy w samej bieliźnie i podkoszulkach. A balkon mamy skryty za rozłożystą jarzębiną więc jak siadamy na progu na dymka to nie ubieramy się… Patrzę na swoje nogi, a one jakieś takie gładkie, na uda… eee coś jest nie tak. Słońce mi na wzrok zaszkodziło. Gdzie się zgubił mój cellulit? A że ja strasznie wstydliwa jestem i jak luby jest w mieszkaniu to jakoś nie umiem się prężyć i oglądać sama siebie w lustrze w przedpokoju które jest blisko kuchni, a kuchnia nie ma drzwi tylko framugę na salon. No więc dopiero dziś rano spojrzałam na swój tyłek w lustrze napięłam uda, stanęłam na palcach. No troszkę go jeszcze jest, ale to zdecydowanie nie jest to samo, zmarszczone ciało co jeszcze kilka tygodni temu! A myślałam, że tego już się nie da pozbyć, że nawet jak schudnę to mi zostanie na stałe i albo wygrzebię skądś pieniądze na drogie zabiegi (pewnie i tak bezskuteczne), albo będę testować dziesiątki kremów i balsamów którymi i tak zapomnę się smarować… Także to oficjalnie i sprawdzone wieści: cellulit znika! Trzeba jeść zdrowo i więcej ćwiczyć! (A żeby zobrazować ogrom tego cellulitowego problemu to ja w te upały chodziłam/chodzę do pracy w długich dżinsach… żeby koledzy z firmy nie widzieli jaka jestem brzydka :P)

W moim treningu ostatnio oficjalnie pojawił się martwy ciąg. Najpierw nie rozumiałam czemu takie łatwe ćwiczenie ma taką mroczną nazwę, ale chyba zaczynam rozumieć… znaczy, zaczęłam gdy okazało się że lata nie-chodzenia-na-wf sprawiły, że aby dobrze wykonać martwy ciąg musiałam mocno skupić wszystkie swoje szare komórki i dać znać mózgowi, że sztangi nie ma podnosić rękami, tylko ma się wyprostować i sztanga i ręce podniosą się same. Brzmi śmiesznie? Ale serio… przy wielu ćwiczeniach muszę mocno się skupić na tym jaka partia ciała ma pracować i jak to zrobić żeby pracowała właśnie ona a nie np. ręce. Koszmar. Jakbym mogła się teraz cofnąć i naprawić błędy to nigdy, ale to przenigdy nie opuściłabym żadnej lekcji wf. W tym tyg. dziś będę już 3 raz na siłowni, dziś trening „klata-plecy”, bo jutro idziemy na wesele przyjaciół. Poprzednim razem, w czerwcu po treningu nóg na weselu cierpiałam siadając na wc. Tym razem nie chcemy popełnić tego błędu :) A na wesele idziemy do przyjaciół takich których lubię, na takie na które chcę i nawet zakupiłam sobie sukienkę. Przewrażliwiona faktem, że w każdej przebieralni, w każdym butiku wyglądam źle i zanim coś kupię to złapię depresję, pooglądałam kiecki na H&M i postanowiłam zmierzyć się, kupić rozmiar online i zobaczyć co się wydarzy. Przyszła idealna! Lekka, zwiewna, kolorowa, nie za krótka, nie za długa. I nawet moje olbrzymie cycki  się mieszczą, kryją, maskują… (oczywiście tak ja się w tym lustrze widzę, a jak mnie będą widzieć inni i kamera to już zupełnie inna sprawa). Sukienka wygląda tak:

hmprod

Oczywiście te dziurki-trójkąciki są zbyt frywolne więc będę mieć pod nią cienką, białą podkoszulkę – ale dzięki nim będzie ona idealna również na wakacje! <3 Do tego 13 cm koturny, wizyta u fryzjera jutro z samego rana i może pierwszy raz będę się bawić zamiast patrzeć dookoła w każde odbicie swojej sylwetki i łapać smutki. Aaaa… i nie zamierzam patrzeć w pusty talerz i lamentować nad tym, że się odchudzam. Jutro w poważaniu mam wszelkie zasady zdrowego jedzenia: będę jeść kluski z sosem i nic nikomu do tego! :)

Zrobię Wam zdjęcie jak już będę wyszykowana…! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Codziennik, O mnie

 

Dałam dupy…

20 lip

Cześć. Nie krzyczcie, nie duście, nie złośćcie się. Pamiętam jak sama powtarzałam, że w kupie siła i razem zawsze damy radę. Sama krytykowałam tych którzy znikają bez słowa. Długo zbierałam się na odwagę by przyjść tu i powiedzieć: „hej dziewczyny… dałam dupy”. Po pierwsze dlatego, że zrobiłam to o co krytykowałam innych (zniknęłam…), po drugie dlatego że cały mój pęd z odchudzaniem, metodą równowagi i innymi takimi, legł w gruzach krótko po poprzednim, marcowym poście. Przez kwiecień i maj na siłowni nie byłam prawie wcale, a jeść zaczęłam zupełnie normalnie i wszystkie smutki zajadałam i zapijałam piwem. Działo się źle. Wręcz bardzo źle biorąc pod uwagę atmosferę w domu. Już kiedyś pisałam jak wyglądały relacje z moim nieślubnym znajomym przez to, że się nie akceptowałam. To była równia pochyła. W połowie kwietnia zaczęliśmy remont kuchni w naszym mieszkaniu, ale nawet to nas nie zbliżało do siebie. Wręcz przeciwnie, kurz, brud, pył i graciarnia sprawiały, że oboje byliśmy negatywnie nastawieni do wszystkiego i siebie na wzajem.  W maju myślałam, że tego kryzysu nie przetrwamy, on złośliwie upierał się na wesele znajomego (którego ja serdecznie nienawidzę), gdzie będą sami obcy dla mnie ludzie. Na samą myśl o poszukiwaniu sukienki bolał mnie brzuch. Grubaska z wielkim cycem szukająca sukienki, w której będzie ładnie wyglądać… W końcu nadszedł taki dzień, że pękłam. Uratować nasz związek mogła tylko szczerość. Nie płacz, że nie chcę, bo nie lubię, nie znam… tylko PRAWDA. To był maj, już po majówce, już po remoncie. Wtedy we łzach powiedziałam wszystko o sobie, kompleksach, o tym że nienawidzę się za bycie tłustą świnią, że mam wrażenie iż każdy na mnie patrzy i myśli sobie jaka jestem gruba. Że on się mnie wstydzi, że nie kocha, że… i wtedy zdałam sobie sprawę, że od lutego do maja ani razu ze sobą nie spaliśmy. On myślał, że ja nie chcę,  nie kocham, ja cieszyłam się że mogę zasnąć nie martwiąc się o to jak wyglądam bez ubrań… To był najgorszy dzień mojego życia. Ale po raz pierwszy powiedziałam to głośno: jestem gruba, muszę z tym coś zrobić na prawdę, a nie udawać że robię i marudzić, że nie wychodzi.

Czerwiec przeleciał szybko przez maraton rodzinnych imprez (na których też jestem najgrubsza! – nie licząc babć). Na koniec czerwca waga pokazała 74,7 kg. Jeszcze więcej niż wcześniej. Wierzcie mi to było przerażające. Nieślubny znajomy zmienił siłownię, zapisał się tam gdzie ja. Został moim trenerem personalnym. Jeździmy 2-4 razy w tygodniu i spędzamy tam półtorej, a nawet 2 godziny. Przez ostatnie 3 tygodnie schudłam 3 kg. Dziś rano moja waga pokazała 71,6 kg. Oprócz treningów zmieniło się nasze odżywianie, a przynajmniej nastawienie. Pamiętacie jak marudziłam że on potrafi jeść w kółko kurczaka, ryż i brokuły? O tym też rozmawialiśmy w maju, w burzy łez. Że ja nie mam motywacji, gdy on ciągle je sam jedno i to samo, że smaży sobie kurczaka, a ja muszę sobie planować swoje posiłki sama, mimo tego że przecież żyjemy i mieszkamy razem… Teraz planujemy razem zdrowe zakupy, zdrowe posiłki. Ale nie stosujemy żadnej diety (choć tak jak dziś wyczytałam u jednej z dziewczyn – dieta to nie sposób na odchudzanie, dieta to sposób odżywania nawet gdy się nie odchudzamy). Więc zmieniliśmy nasze odżywianie. Jemy obiady w pracy i wspólne kolacje. Wyliczyliśmy zapotrzebowanie kaloryczne, przez około tydzień liczyliśmy makro żeby mniej więcej wyczuć co i jak. Trzymam się około 1650 kcal na dzień, a to pozwala nawet na jedzenie dużych ilości węglowodanów – czego nie robię, bo ustaliliśmy że należy jeść tak by czuć się dobrze. Po dużej ilości węgli czuję się zmulona, więc staram się ich nie jeść przed treningiem. Ciemne pieczywo, ryż basmati (jest mniej kaloryczny od brązowego!), razowy makaron, czasem jakieś tortille. Wszystko w ramach zdrowego rozsądku. Wiecie że Warka Radler ma 2x mniej kcal niż zwykłe piwo? Jak mam ochotę to po prostu piję. I patrzę tylko na bilans kcal.

Od miesiąca śledze na fejsbuku profile kilku fitnesek. Ostatnio wydaję nawet więcej pieniędzy na sportowe ciuchy żeby mi się wygodnie ćwiczyło na siłowni. Koleżanka, z którą chodziłam od początku tego roku, chodzi z nami nadal i ćwiczy razem z nami. Kondycję mam coraz lepszą, już nie maszeruję na bieżni pod górkę, teraz po treningu na maszynach lub wolnych ciężarach, idziemy na bieżnię i biegam interwałowo przez 15-20 minut. A jak wygląda trening? 5 minut to jest zwykła rozgrzewka na orbitreku, potem rozciąganie a potem… siady z obciążeniem. Miało być od razu ze sztangą ale plecy mam słabe i za bardzo pochylam się do przodu, więc ćwiczę siady z hantlami czy ketelkiem (czajniczkiem :P). W ogóle robię dużo dziwnych ćwiczeń: wiosłowanie, rozpiętki etc. A niedługo mamy dorzucić jeszcze martwy ciąg. W zeszłym tygodniu byłam na siłowni aż cztery razy. Najlepiej wspominam sobotę i niedzielę kiedy przyjechaliśmy tam o 10 rano, był już nowy sprzęt zamiast rzędu maszyn. Taka klatka z różnymi atrakcjami, trochę jak park linowy, albo plac zabaw dla dużych dzieci. Te treningi to była wręcz zabawa, rzucaliśmy do tarczy 4kg piłką z przysiadu, skakaliśmy na skrzynię (bardzo ciężko jest opanować odruch odbijania się!), a nawet biegaliśmy na linie… Taka z gumy z uprzężą jak dla huskiego do ciągnięcia sani. Brzmi śmiesznie? No by było. Nie wiem kiedy się tak uśmiałam na siłowni, serio… :D

Postaram się nadrobić wpisy u was, mam nadzieję że miałyście więcej wytrwałości niż ja. I że trzymałyście się razem. Buziak :*

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Codziennik