RSS
 

Archiwum - Luty, 2015

Niestabilna emocjonalnie zakompleksiona nastolatka…

16 lut

… taka podobno jestem. Albo raczej takie są osoby, którym podobał się  film 50 Twarzy Greya – wg niektórych internautów głośno hejtujących i zaniżających ocenę na filmwebie. Miło, że tym samym ktoś obniża mój wiek o ponad 1/3. Mają prawie 29 lat, można to traktować jako komplement.

Obiecywałam, że dam znać jak mi się film podobał i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że był świetny i planuję iść drugi raz do kina.

Książki przeczytałam wszystkie trzy i to dwa razy. Pochłaniałam je jedna za drugą, tak były lekko napisane – mimo, że w sobotę jeden z moich znajomych twierdził, że ta książka to pomnik dla analfabetów, że język pokaleczony i że w ogóle bezsensu. Nie rozumiem dlaczego: w końcu przekład na j. polski to ewentualnie nieudolność tłumaczy, nie samej autorki. A wątpię bardzo szczerze by ów znajomy czytał ją w oryginalne. Tak więc dla mnie była to lekka i przyjemna lektura. Wiadomo, że to nie dzieło sztuki jak W pustyni i w puszczy Sienkiewicza, ani inny Pan Tadeusz Mickiewicza – ale książka oprócz wyniosłości i patosu ma też dawać rozrywkę, sprawiać przyjemność. Dla mnie takie właśnie są książki o Greyu.

Sam film również nie ma być jakąś wielką mega produkcją, która zdobywać będzie nagrody na hipsterskich festiwalach jak Ida, który dla moich znajomych czy członków mojej rodziny był słaby i nudny. 50 Twarzy Greya ma być zwykłą rozrywką. Tak jak sztuką są symfonie Beethovena, a rozrywką śpiewy Moniki Brodki. I jeśli chodzi o rozrywkową stronę Greya to była ona na piątkę z plusem. Dakota w roli Anastasji była wg mnie świetna, idealnie grała tą głupiutką, kompletnie nie znającą życia dziewczynę i studentkę. Była dokładnie taka jak Anastasja w książce, taka jak ja ją sobie wyobrażałam – ładna, ale przeciętna. Jak wiele z nas.

Jamie był trochę gorszy i nie pasował mi do roli Greya – choć ja szłam obejrzeć film, a nie wzdychać i ślinić się do Brada Pitta na ekranie. Irytował mnie głównie jego uśmieszek – jak prawiczek przed pierwszym razem, nawet w poważnych scenach. Ciało miał fajne, w scenach grał dobrze. No i właśnie – sceny. Mój luby opowiadał mi, że wracając z pracy słyszał rozmowę dwóch dziewczyn na temat tego filmu w dniu jego premiery. Jedna z nich odpowiedziała, że nie idzie jednak do kina na ten film, bo podobno nie ma w nim prawie wcale scen seksu. Ja usłyszałam to zanim film się rozpoczął i poczułabym się zawiedziona gdyby to okazało się prawdą. Przecież cała rozrywka w tym filmie / książce sprowadza się właśnie do relacji na tle erotycznym. Pod tym względem film jest przedstawiony bardzo dobrze. To nie są sceny, w których kładą się do łóżka, gaśnie światło i nagle mamy nowy dzień, a na twarzach aktorów maluje się rozleniwienie po „niby” udanej nocy. Cała erotyka jest przedstawiona jednoznacznie, ale ze smakiem którego brakuje w filmach porno. Jest po prostu ładna i estetyczna. Dla mnie zresztą to jest główny argument dla którego: tak, podoba mi się Grey i nie, nie podobają mi się filmy z czerwonym kółeczkiem puszczane późnym wieczorem w TV. A czy film jest zboczony, obrzydliwy? Tak mogą sądzić jedynie osoby pruderyjne, które gdzieś-tam słyszały czym jest Grey, ale same tematu nie zgłębiły. Przecież w gruncie rzeczy tam nie dzieje się nic zbereźnego. Chyba każda dziewczyna dostała kiedyś zaczepnego klapsa od swojego chłopaka, chyba każda para zawiązywała sobie oczy albo przywiązywała dłonie do oparcia łóżka w ramach urozmaicenia zabaw łóżkowych. No a seks od tyłu czy zabawy oralne to już w XXI wieku żadna nowość, żaden szok. Swoją drogą nie rozumiem, jak ludzie mogą być oczarowani klasyką kina erotycznego i takimi pozycjami jak: Głębokie Gardło czy wszystkie części Emmanuelle, a jednocześnie hejtować i dyskryminować rolę Greya w pornografii adresowanej dla kobiet. Szczerze, wiele razy szukaliśmy sobie na wieczór filmów o lekkim zabarwieniu erotycznym. Głębokie Gardło obejrzeliśmy dla zasady bo to klasyka klasyki, ale tej słodkiej blondynki Emm nie byliśmy w stanie zdzierżyć ani razu. W Emm autorowi udało się pokazać seks w najnudniejszy z możliwych sposobów, a do tego ta przerażająco męcząca muzyka. Głębokie Gardło było po prostu brzydkie, znaczy te busze między udami, fryzury na głowach, ubiór i wygląd płci męskiej są dla mnie nieestetyczne, brzydkie. Przecież w erotyce i pornografii (tej nie wulgarnej) chodzi o to by efekt końcowy był miły dla oka. Taki jest Grey. Wypięta pupa Dakoty, silny i stanowczy Jamie wyglądają ładnie, ładny jest wystrój, ładna jest muzyka.

Jeśli ktoś na siłę chce szukać w tym sztuki to raczej jej nie znajdzie. To nie jest film po którym powinny być organizowane wieczorki dyskusyjne i ciągnące się w nieskończoność debaty o sensie życia. Grey to rozrywka o zabarwieniu erotycznym. To film dobry, świetnie nakręcony i każdemu kto ma takie nastawienie i takie oczekiwania względem 50 Twarzy Greya będzie się on podobał.

Hejterów mam ochotę kopnąć w dupę. Zwłaszcza tych, którzy oceniali nie wiedząc co oceniają. Agresja w komentarzach i zaniżane oceny to dowód na to jak pruderyjne, ograniczone i zamknięte jest nasze społeczeństwo. Kobieta nie może się cieszyć erotyką w takim wydaniu, ale mężczyźni mogą zachwycać się tanim porno na stronach XXX albo tańcem na rurze wymalowanych jak ostatnia dziwka, dziewczyn. Ciekawe, że z równie intensywną zajadłością nikt nie neguje 7 części Szybcy i Wściekli – filmu kompletnie o niczym, kompletnie bez sensu. Filmu nierealnego i nieprawdopodobnego. Albo Batmana – człowieka nietoperza. Albo innych Hulków, Avengersów czy czego tam. Nie widziałam hejtów człowieka pająka i obrzydliwie słodkiej miłości w tymże filmie. Serio? No to skoro są takie filmy i mogą się komuś podobać, to fuck off od Greya i tego, że się on komuś podoba. Przecież nikt nikomu nie każe tego oglądać… Ta zazdrość jest dla mnie niezrozumiała.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Codziennik

 

Tłusto w tłusty czwartek

12 lut

Smacznego Pączka! Tak zacznę… i od razu bez ogródek przyznam, że właśnie zjadłam czwartego… tak, tak. I po co? Przecież Metoda Równowagi pozwala zjeść dwa. A poza tym przecież ja nie przepadam za słodyczami? Nie wiem co mi się dziś stało, ale wcinam te pączki i nawet nie mam ochoty na obiad… sałatkę z surimi którą miałam na drugie śniadanie oddałam koleżance. Na samą myśl o zmieszaniu lukru ze śmierdzącym surimi zrobiło mi się niedobrze. :P I chyba dziś na tych pączkach się skończy… jak zjem jeszcze jednego to nie zjem nawet makaronu z sosem pomidorowym, który mam na obiad. No dobra, ale tłusty czwartek, tłustym czwartkiem – w końcu po to jest by grzeszyć. Chciałam Wam natomiast napisać o czymś zupełnie innym…

Dlaczego tak jest, że nam się to odchudzanie nie udaje? Przecież jeśli zdrowe chudnięcie to 4 kg tygodniowo to od lutego do wakacji można zrzucić tak wiele, że generalnie rok w rok można by od lutego chudnąć a po wakacjach tyć. Mieć w szafie dwa zestawy ubrań na grubaskę i na chudzielca i tak sobie skakać z wagą w zależności od humorów i nastroju. Ale tak się nie dzieje, przecież ja zaczęłam niby we wrześniu, niby w listopadzie a tak na poważnie od stycznia… i mam mniej o 3 kg. No i właśnie, bo my „niby zaczynamy”. Się bierzemy za postanowienia, raz czy dwa odpuścimy a potem to leci jak lawina. Stoimy w miejscu, waga skacze. Jak byłam we wtorek na siłowni to właśnie o tym rozmyślałam, przecież to takie proste… Swoją drogą wiecie jak mój nieślubny znajomy nazywa mój trening na siłowni? CHOMIKOWANIE – bo biegam w kółko jak chomik na kołowrotku, dlatego od najbliższego treningu – czyli od dziś, wprowadzamy z koleżanką małą modyfikację. Zaczynamy standardowo rozgrzewką na orbitreku, później pójdziemy na te wszystkie piękne maszyny siłowe, a na sam koniec na bieżnię by się dobić :)

Trzeba znaleźć w sobie silną wolę i nauczyć się trwać w postanowieniu. Nie jest łatwo, chociaż czytając Wasze wpisy byłam zawsze pod wrażeniem tej chęci i determinacji by ćwiczyć. Muszę nadrobić dziś w wolnej chwili lekturę Waszych blogów, bo jestem bardzo ciekawa jak Wam idzie ta faza 2 gdzie miałyście same sobie układać trening? :)

Przy okazji: mamy rodzynka! Na mojej liście blogów po prawej znajdziecie linka do Maćka, który też chce zrzucić zbędny balas. Kibicujcie mu żeby znalazł w sobie siłę. I to też w ramach takich przemyśleń, bo nie jedna z Was widziała czy czyta nawet regularnie takie popularne blogi popularnych blogerów – również w sporcie, diecie i odchudzaniu. Takie gdzie jest po kilkadziesiąt wpisów pod postami etc. Tylko czy oprócz jednego razu ktoś z tych blogów Was odwiedza i czyta? Czy tylko Wy? U mnie jest m.in. blog Grubaski w małym mieście – właśnie to taki przykład. Ma dziewczyna problem, z którym walczy tak jak my. Ale jej blog jest tak popularny, że ona naszych blogów nie czyta, nie wpisuje się… Była raz i koniec. Tym się od nich różnimy – my ze sobą tworzymy więź. Gdyby któraś przestała pisać, reszta od razu przekopałaby internet żeby znaleźć ją i zaciągnąć siłą z powrotem na bloga… Inni znikają, tak zniknęła mi już w listopadzie Gruba Blondyna – nie wiem co z nią, nigdzie w internecie jej nie zalazłam. A to ona dała mi tak naprawdę pierwszego kopniaka i to dzięki niej pomyślałam, że wszystko jest możliwe.

Andrzej też zniknął. To smutne.

Dlatego powitajmy Maćka w naszym gronie, i miejmy nadzieję, że wytrwa i nie zniknie.

Smacznego!

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Codziennik

 

No i po weekendzie :)

09 lut

Witajcie! To był mega intensywny weekend, udany wyjazd i świetna impreza w Bratysławie. Ale zacznę od początku: w piątek zaczęłam kichać, nie czułam się dobrze, a nie chciałam ryzykować, że będę zasmarkana na wyjeździe. Musiałam odpuścić siłownię, zaaplikowałam sobie końską dawkę witaminy C, rutinoscorbinu i polopiryny. Wygrzałam się w łóżku oglądając serial i w sobotę wstałam jak nowo narodzona. Weszłam na wagę (bo w końcu w pt nie byłam na siłowni więc nie miałam możliwości zweryfikować mojej wagi na koniec I etapu) i… moje oczy aż zabłyszczały z radości. 71,5 kg! Czyli 4,4 kg mniej niż 7 stycznia. A przecież grzeszyłam… To działa! :) Oznaczało to dla mnie tyle, że zrobiłam więcej niż zakładałam – miałam 1,5 kg zapasu. Dziś po weekendzie pełnym alkoholu i fast foodów zważyłam się: 73 kg. Czyli dokładnie tyle ile miałam osiągnąć w tym etapie, czyli… jestem na zero z tym grzeszeniem. Zresztą pewnie jutro trochę będzie mniej wagi, bo woda poalkoholowa zacznie wychodzić. :)

Ale uwierzcie mi – to mi dało tyle pozytywnego humoru, tyle szczęścia i wiary w siebie, że po raz pierwszy od dawien dawna nie bałam się wyjść do ludzi, a w klubie na parkiecie poznałam kilka ciekawych osób i… po paru drinkach to nawet nie miałam oporów by z nimi konwersować in inglisz.

A nagrzeszyłam mocno, bo… w sob. śniadanie zjadłam w domu, było jeszcze zgodne z dietą. Ale na trasie, w Czechach w McDonaldzie wepchnęłam w siebie dwa cheesy. Gdy dojechaliśmy do Bratysławy zjadłam smażony syr z frytkami i tatarską omaćką – oczywiście wszystko z głębokiego oleju i popite dwoma piwami radler. Potem kolejne piwo. Potem szampany i do tego zrobiliśmy sami knedliki i wieprzowinę w sosie gulaszowym (mieliśmy super wyposażoną kuchnię w apartamencie w hostelu). No a potem drinki z red bullem, klub, piwa… W niedzielę rano myślałam, że umrę. Wróciliśmy z klubu po 6 rano, o 10 trzeba było się wymeldować. Koszmar… dojechaliśmy do Czech do McDonalda – McWrap grilowany kurczak. W domu nieślubny znajomy zrobił na moje specjalne życzenie tzw. „zakurwiozę” czyli co na co zawsze mam smaka gdy trawi mnie kac: makaron z sosem serowym na śmietance i mieloną wołowiną. Zjadłam aż dwie porcje.

Ale dziś oczywiście wracam do trybu sprzed wyjazdu. Wszystko grzecznie, zgodnie z dietą.

No i… to ja mam dla Wa zdjęcie. Swoje. Taki mam dobry humor… poza tym jestem ciekawa jak wyglądacie, w końcu wtedy będziecie bardziej materialne niż tylko słowa na waszym blogu. Ja zacznę, może się przełamiecie. Pamiętam, że Madzia chyba wrzucała zdjęcia, ale zamazywała buzię.

1503362_820082138037699_7018353837820025950_n

Pozdrawiam! :)

P.S. Kolejny etap  65 kg na ostatniego kwietnia, myślę, że jest bardzo bardzo realny!

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Codziennik