RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2014

Pierwszy tydzień za mną.

18 wrz

Do pierwszego postu na tym blogu ważyłam się w czwartek rano. Minął dokładnie tydzień, a moja waga dziś pokazała -0,7 kg (mimo że przez weekend przytyłam pół kilograma; czyli łącznie -1,2 kg!).  Dało mi to sporo radości mimo kiepskiego samopoczucia z powodu rozbierającej mnie grypy. Wyjazd służbowy nie doszedł do skutku, bo wyglądam jak siedem nieszczęść. A z taką prezencją moja obecność na targach odniosłaby odwrotny skutek od zamierzonego. Więc od wczoraj leżę w domu i się kuruję.

W ogóle przeczytałam coś bardzo motywującego na fejsbuku Klubu Równowagi, coś co chyba mi sprawiało dużo trudności. Kiedy już raz, zazwyczaj w jakiś weekendowy wieczór, zawaliłam swoje zdrowe odżywianie to potem następne dni weekendu ciągnęły się lawiną żywieniowych grzeszków. Trudno było wrócić na właściwe tory. Moje nastawienie było identyczne jak to opisane w poście:

” (bo skoro już się obżarłam, to już wszystko na nic, więc mogę się objadać dalej, a odchudzać zacznę się JUTRO – czytaj „w bliżej nieokreślonej przyszłości”) „

Im więcej czytam, o tym co piszą. Tym bardziej przekonuję się, że coś takiego jak Klub Równowagi jest po pierwsze dobrym pomysłem, a po drugie jest ludziom potrzebne. Jestem w stanie uwierzyć, że osoby otyłe mają zaniżoną samoocenę, nie wierzą w siebie i szybko się poddają. Ja nie jestem otyła, a też łatwo rezygnuję i tracę wiarę we własne możliwości. Takie rozmowy z coach`em mogą być bardzo owocne. Skoro da się odpowiednie techniki rozmowy przełożyć na efekty w negocjacjach czy sprzedaży, to da się je zastosować znajdując sposoby na motywację osób w dążeniu do każdego celu. Tak sądzę. Pewnie, że łatwo mi się pisze choć sama nie tylko nie kupiłam książek, ale nie zdecydowałam się na udział w takim spotkaniu. Ja po prostu jestem przekonana, że przyglądając się temu z boku, znajdę swoją ścieżkę. Mam dziwny charakter, a poza tym 120 zł miesięcznie? Miałabym ciekawsze zastosowanie dla takiej kwoty: buty, ciuszki, torebeczki? :)

Poza tym… coach brzmi bardzo współcześnie. Jest modne bycie coach`em, chodzenie na szkolenia itd. Ja miałam okazję studiować psychologię i techniki negocjacji (wywierania wpływu) na studiach w ramach przedmiotu ogólnego, ale z naciskiem właśnie na rozmowy, negocjacje etc. Jest kilka trików jakie się stosuje choćby przy motywowaniu pracownika, czy podczas rozmów kwalifikacyjnych itd. Ja je znam, wiem jak działają, wiem jak się ich używa i do czego służą. Miałam też kiedyś szefa, który chyba miał mnie za głupią gąskę, bo regularnie próbował mnie dźgać tymi trikami. Ja ich byłam świadoma, on był nieświadomy że ja jestem świadoma, a przez to ich efekt był mierny. Taka rada: czasem warto udawać ciut głupszą niż się jest w rzeczywistości. ;) Tak czy inaczej mam pewne obawy przed takimi spotkaniami z coach`em od odchudzania. Boję się, że szybko przeanalizowałabym zastosowane triki (a były one używane również podczas spotkania od którego zaczęła się moja przygoda z tym blogiem) i zniechęciłabym się nie tylko do samych spotkań, ale co gorsza do zdrowego odżywiania. Które jak widać po dzisiejszym poście całkiem mi służy.

Ale wracając do jedzenia… Menu, które zaplanowałam na wtorek, trochę się zmieniło. O podwieczorku zapomniałam, a na kolację oprócz trzech grzanych piw z miodem i sokiem malinowym, zjadłam jeszcze całkiem solidną porcję spagetti: penne wieloziarniste, sos na pomidorach z puszki, chude mięso mielone + oczywiście tarty parmezan przywieziony z kwietniowego wyjazdu do Livigno. Czyli w sumie na kolację zjadłam drugi obiad. A miały być kanapki. Mimo to waga spadła w dół.

Środa była dietetycznie mało-poprawna.

Śniadanie 7:30
Dwie kromki chleba (akurat jasnego tym razem, bo On taki kupił) z chudą szynką.

Drugie śniadanie 11:00
Dwie kromki chleba (znów jasnego) z chudą szynką. (byłam już tak słaba, że nie chciało mi się nic robić, a nie wiedziałam jak mój organizm z wysoką gorączką zareaguje na jogurt)

Obiad 14:00
Spagetti jak we wtorek, pełnoziarniste penne, chude mielone, sos na pomidorach z puszki, zioła + parmezan
Podwieczorku nie było, a na kolację wypiłam dwa grzańce i padłam spać. Tym razem przespałam spokojnie prawie całą noc.

W każdym razie muszę wymyślić jakiś bardziej przejrzysty sposób opisywania moich posiłków. Może w formie tabelki? Ciekawsze potrawy będę fotografować…! Bo lubimy dobrze gotować i ładnie podawać obiady ;) a człowiek je także oczami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Codziennik

 

Efekt jo-jo?

16 wrz

Wczoraj moja waga pokazała +0,5 kg, dziś już -0,4 kg. Fajnie byłoby z dnia na dzień tracić tyle na wadze. A jak to się stało? A no pierwszy dzień po weekendzie = zdrowe odżywianie.

Śniadanie 7:30
dwie kromki ciemnego pieczywa, dwa plasterki chudej wędliny, jedno jajko ugotowane na twardo

II śniadanie 11:00
jogurty naturalny, łyżka otrębów żytnich, jedno duże jabłko (wcale nie było to dobre)

Obiad 13:30
cztery małe plastry polędwiczki wieprzowej duszone w sosie pieczarkowym z cebulą i chilli (na odrobinie oleju i zalane 30% śmietanką!), kasza jęczmienna i sałatka (sałata lodowa, pomidor, ogórek, czarne oliwki, łyżka jogurtu naturalnego z koperkiem jako dip)

Kolacja 20:30
dwie kromki ciemnego pieczywa, dwa plasterki chudej szynki

A potem grzane piwo z łyżką miodu, bo mnie grypa rozbiera.

Sałatki w obiedzie było dokładnie tyle ile trzeba: pół dużego talerza. Wszystko wyglądało ładnie, a przez tę sałatę optycznie wydawało się tego bardzo, bardzo dużo. Zjadłabym ten obiad później, ok. 14:00 ale byłam głodna. Tak „mentalnie” głodna bo po prostu wiedziałam, że czeka na mnie pyszny obiad. Myślałam kiedyś o tym by gotować sobie rzeczy które mi nie smakują i może to zmniejszyłoby moją chęć jedzenia i wielkość porcji, ale niestety za dużo mam swobody, po prostu kupię sobie coś lepszego w fast-foodzie żeby zabić głód jaki występuje w moim żołądku po niesmacznym obiedzie.

Między obiadem, a kolacją miał być jeszcze podwieczorek, ale jak zwykle o nim zapomniałam. Kolacja byłaby wcześniej gdybym wcześniej była w domu.

Ogólnie w tygodniu nawet udaje mi się utrzymywać taki tryb posiłków.  Zresztą jak widać, nie było to szczególnie dietetyczne: olej + tłusta śmietanka w sosie pieczarkowym. Ale mój efekt jojo działa w weekendy kiedy dołączam do tego chipsy i popcorn podczas seansu filmowego, dużą ilość piwa albo co gorsza pizzę.

Jak będzie wyglądał mój dzisiejszy jadłospis:

Śniadanie 7:30
jajecznica z dwóch jajek (właściwie to takie rozbełtane jajka bo nic w niej więcej nie było) na połowie łyżki masła i dwie kromki ciemnego pieczywa z chudą wędliną

II śniadanie 11:00
jogurty naturalny, łyżka otrębów żytnich, jedno duże jabłko (znowu na siłę)

Obiad 14:00
rolada chyba z indyka (domyślam się bo to dzieło mojego ukochanego księcia z bajki), sałatka (mix sałat z dressingiem), cztery ćwiartki gotowanego ziemniaka z rozmarynem i ziołami

Podwieczorek 16:30
sok pomidorowy (jeśli o nim nie zapomnę wychodząc z pracy)

Kolacja 19:30
dwie kromki ciemnego pieczywa z chudą szynką, pomidorem, ogórkiem etc.

Zobaczymy co jutro rano pokaże waga. Ale potem czar pryśnie. Wyjeżdżam służbowo. A potem jest weekend. I jojo powróci z kolejnym poniedziałkowym ważeniem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Codziennik

 

Po co sport?

15 wrz

Weekend za mną. Moja waga dziś rano pokazała +0,5 kg. Standardowo. Za dużo alkoholu no i po co mi była ta pizza? Weekend, zwłaszcza imprezowy jest dla mnie najtrudniejszy by wytrwać w jakimkolwiek postanowieniu. Piwo jest pyszne! A że głowę mam mocniejszą niż przeciętne dziewczęta to i więcej piwa wypić potrafię. Jasne, że potem już mam w czubie, ale jeśli jestem w stanie wrócić do domu (albo chociaż zamówić taksówkę :P) to znaczy, że nie jest tak źle. Piwo to puste kalorie. Wino jest za ciężkie na moją wątrobę, a wódka… to tak jak z tym tortem czy ciastem – czasem napiję się, ale raczej na jakichś wyjątkowych imprezach rodzinnych. Wolę piwo. Zimne, orzeźwiające, złociste w kuflu. Najlepiej w parku, na spacerze w piwnym ogródku. Nadejdzie jesień, później zima to trochę się zmieni. Ale póki słońce świeci za oknem, to nie potrafię inaczej.

Ale dobra, bo miało być o sporcie. Nie lubiłam od dzieciństwa. Ani gier, ani ćwiczeń, ani nawet oglądać sportu w TV. Nuda! Potem jako nastolatka miałam genialne wytłumaczenie żeby nie ćwiczyć na w-f: okres. A potem to już kombinowałam jak mogłam by mieć zwolnienie całoroczne. Czasem mi się ten w-f śni po nocach, że oblewam rok bo przez cały semestr nie chodziłam na zajęcia. Serio. Mam 28 lat, 9 lat temu skończyłam ogólniak, a koszmar ucieczek z wychowania fizycznego nadal mnie prześladuje.

Kiedy stosowałam dietę 1000 kcal, o czym pisałam wcześniej, wówczas gdzieś od czerwca zaczęliśmy z moim ukochanym księciem z bajki chodzić na siłownię. 2-3 razy w tygodniu. Prosto po mojej pracy. No i chodziłam, bo przyjeżdżał po mnie i nie miałam jak uciekać. Czy było mi źle? Nie. Nawet trochę fajnie – ale dopiero kiedy już tam byłam, bo zawsze jak zbliżał się koniec dniówki miałam nadzieję, że On zmieni zdanie i dziś sobie odpuścimy. Rzadko odpuszczaliśmy. Efekty było widać. Myślę, że teraz nie wykonałabym tylu ćwiczeń ile robiłam po 2-3 miesiącach regularnego chodzenia na siłownię. Przestałam bo skręciłam kostkę. A potem już nawet nie musiałam szukać wymówek, On zmienił siłownię na inną. A ja przecież nie lubię nowych miejsc ani obcych ludzi.

Miałam z siłownią jeden zasadniczy problem: CZAS. To pożera czas, powoduje że po pracy spędzam tam dwie godziny. Wracam i jest późno. Trzeba przygotować obiad na następny dzień, ogarnąć mieszkanie, a potem się okazuje że ledwo wystarcza mi czasu na samą siebie. Relaks i odpoczynek, który mi się przecież należy bo pracuję 5 dni w tygodniu na pełnym etacie. Podziwiam ludzi, którzy mają ochotę realizować cokolwiek więcej poza codzienną pracą. Ja pracuję w stałych godzinach, bez zmian. Zawsze wolne weekendy. Nie robię nic poza pracą i gotowaniem. Nawet nie wyobrażam sobie mieć dziecko. Przecież wtedy zamiast położyć się na kanapie, włączyć TV i odetchnąć, musiałabym się nim zajmować. Przez to chodziłabym jeszcze później spać.

Szukałam różnych motywacji: nastawiałam się, że gdybym ćwiczyła mogłabym jeść więcej i jeść to co lubię. Potem wypożyczyłam rowerek stacjonarny do domu i próbowałam ćwiczyć oglądając seriale na komputerze. Ale szybko mnie to nudziło. Jasne, że kilka razy zastanawiałam się czy by nie odpalić Chodakowskiej, ale na zastanawianiu się skończyło. Czy próbowałam biegać? Nie. Mam za duże piersi. Nawet w sportowych stanikach są zauważalne, falują. Nie podoba mi się, że ludzie się patrzą. Poza tym, to zwyczajnie nie jest przyjemne.

To jak wyglądał ten czas który spędzałam na siłowni? Zaczynałam od rowerku, 15 minut z książką. Potem przeskakiwałam na orbitreka, a następnie na bieżnię. Bieżnię ustawiałam maksymalnie pod górkę i po prostu wspinałam się ustawiając odpowiednie tempo. Wtedy nie musiałam biec by się męczyć i nikt nie patrzał na moje piersi w lustrze. I tak kolejne 15 minut. Po 45 minutach przechodziłam na maszyny do pracy mięśni robiąc po 3 serie na każdym urządzeniu. Czasem jak miałam zły dzień to zamiast maszyn wybierałam platformy wibrujące i taką bieżnię pod ciśnieniem jeśli była wolna, albo uciekałam do sauny.

Ale nie jest to coś za czym tęsknię i co chciałabym robić popołudniami. Ale chyba trzeba. Zdrowe jedzenie to nie wszystko. Zwłaszcza gdy dookoła czeka tyle pokus. Kondycja i wygląd ciała bardzo się zmieniają gdy człowiek uprawia sport. Mam parę koleżanek które chodzą kilka razy w tygodniu na siłownię, wieczorami uprawiają inne sporty. Dziwię się, że im się chce. Że lubią w ten sposób trwonić swój czas. Żałuję, że sama nie jestem w stanie zmusić się i polubić wysiłku fizycznego.

Ale mam postanowienie. Jak wszystko się dobrze potoczy to już w październiku zacznę znów chodzić na siłownię. Podobno jest trener i waga która prawdę Ci powie. Trochę się lękam. Ale bez tego nigdy nie będę zadowolona z samej siebie.

Aaa… i wracając do tego, że nie jestem jakoś bardzo gruba – znalazłam „lek” na mój brzuch. Majtki poporodowe. Teraz wcale nie wyglądam grubo. Albo moje lustro kłamie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Sport